czwartek, 13 lipca 2017

Gdańsk - o zapominaniu i poczuciu przegranej.

Miało być o czymś zupełnie innym, zbierałem się, jak widzicie, długo a tu, jak zawsze, nagle,
w reakcji na bodziec. Tym razem była nim książka Znajomi Znad Morza, wydana przez Gdańską Galerię Miejską (i ASP w Gdańsku i ASz w Szczecinie), której mam zaszczyt być członkiem Rady Programowej. Sama książka to oczywiście interesujący zbiór wypowiedzi na temat historii sceny trójmiejskiej i czepiać się nie mam czego. Może tylko, że przy tej ilości redaktorów, współautorów itd. literówka w nazwisku wybitnego anarchisty Janego Waluszko to trochę wstyd. Ale czepianie się literówek jest błazeństwem.Chciałem o czymś innym, chciałem mianowicie o tym, o czym wszyscy zapomnieli a co wzbudziło moje poczucie przegranej, bezskuteczności działań a i garść refleksji o pamięci i zapominaniu. To jest oczywiście z bardzo mojego punktu widzenia, bardzo osobiste i przez to niszowe. Uniwersalny jest tu co najwyżej mechanizm, znany skądinąd i ciągle działający - pisanie historii poprzez wypieranie, zapominanie, wykluczanie. Najczęściej zresztą nieświadome i niezawinione, acz często wynikające też z niewiedzy i niechęci do pogłębionego riserczu.
Zresztą, moje żale, pewnie niesprawiedliwe i nieuprawomocnione, wynikają też z poczucia zaniechania. Nie raz myślałem o rzetelnym podsumowaniu działalności galerii "po", nie raz nie mogłem mieć pretensji do kogoś, kto nie mógł dotrzeć do źródła, bo go nie było. Więc tak tu sobie poroję jedynie, nie traktujcie tego poważnie, ot wspominki i sentymenty.
Nie ma Zielonej Góry w tej książce a przecież galeria "po" a więc i BWA były jednymi z nielicznych miejsc instytucjonalnych w latach 80. w których Szkoła Gdańska miała swoje istotne miejsce.
Wszystko zaczęło się w kwietniu 1985 roku, kiedy Wojtek Zamiara przyjechał tu z pracownią profesora Jana Berdyszaka, mimo że w niej nie był. To był moment, w którym zaprzyjaźnił się z Leszkiem Krutulskim (bardziej) i trochę ze mną. Przyjechał potem właściwie niezaproszony na I Biennale Sztuki Nowej, na którym swój dyplom pokazał także Grzegorz Klaman. Była to pierwsza prezentacja jego twórczości poza Trójmiastem. Zamiara prezentował swoje prace, instalacje, perfromansy i murale w latach 80. co najmniej 7 razy. Później zrealizował w BWA wystawę "Mózg-Teleportacja", wyprzedzającą o blisko 2 dekady przeniesienie tego bydgoskiego klubu do Warszawy.
Była to wystawa precedens, nie pamiętam czy przedtem a i nie jestem pewien, czy potem miał miejsce taki hommage dla miejsca- klubu muzycznego. Może gdzieś za granicą. To na plenerze w Lubsku w 1993, gdzie spotkali się studenci pracowni Witka/Wojtka z moimi,  Wojtek zrealizował film bez tytułu, tu ze zbiorów MSN.  Wystawa "Patrzę" w 2009 była, można powiedzieć,  ukoronowaniem tych wieloletnich, bardzo towarzyskich kontaktów.
Witosław Czerwonka był jednym z kilku nominujących artystów do udziału w I BSN. Stąd obecność Adama Harasa, Grzegorza Klamana, Marka Modela, Eugeniusza Szczudło. Potem prezentował raz jeszcze trójmiejskich artystów na III BSN, m.in. Marka Mackiewicza, Marka Rogulskiego, Sławomira Górę, Roberta Rumasa. Jedną z ważniejszych dla mnie wystaw w historii BWA była "Niezgoda" - plener pracowni Witka Czerwonki i Wojtka Zamiary, na który przywieźli swoich najlepszych wtedy studentów. Na pewno o kimś zapomnę, bo piszę z pamięci a paradoksalnie tej wystawy nie ma w naszym archiwum - byli tu wtedy Robert Rumas, Robert Kaja, Kamila Cząstka, Tomek Kuchta, Jarek Bartołowicz, Martin Blaszk, Marcin Rupiewicz, Andrzej Awsiej, Jacek Kornacki, Marek Mackiewicz, chyba wymieniłem wszystkich. To wtedy, gdy z Robertem Rumasem penetrowaliśmy zielonogórskie lokale w poszukiwaniu ukradzionej kamery, na zawsze zmienił się kształt nosa artysty. Mojej histerycznej reakcji na to zdarzenie też nie zapomniałem.
W latach 86-90 pokazaliśmy w galerii "po", którą z Leszkiem Krutulskim przy BWA prowadziłem, wystawy: Grzegorza Klamana z Kazimierzem Kowalczykiem, Jarka Flicińskiego z Kacprem Ołowskim, Witka Czerwonki, Zbyszka Kosowskiego z Rafałem Roskowińskim (+ Robert Rumas), pokaz filmów Totartu prowadzony przez Konika. Wydaliśmy jako galeria "po" pierwszy zwarty zbiór tekstów Totartu, wprawdzie w 100 egzemplarzach, ale jednak. To dziś biały kruk. W latach 90. powstało więcej miejsc dla sztuki i w Trójmieście, i w Polsce, więc te ścisłe a przynajmniej bardzo towarzyskie związki z nadmorskimi artystami osłabły. Niemniej jednak Adam Witkowski, który deklaruje w książce przejście na pozycje klubowo muzyczne, występował tu, w BWA ze swoimi zespołami 2 razy, podobnie jak Dick4Dick czy co najmniej kilku innych gdańskich muzyków. Wspomnę tylko jeszcze, że dużo później swoją prezentacje miała tu inna pracownia z gdańskiej ASP, prowadzona przez Roberta Kaję, który jest też autorem ważnego dla miasta pomnika Wydarzeń Zielonogórskich (zrealizowanego razem z Wojtkiem Z. zresztą). Nie wspomnę już wielu innych ujawnień artystów znad Zatoki, bo byłoby z tego jeszcze sporo nudnych linijek.
To całkowite i literalne pominięcie zielonogórskiego odprysku historii w książce o znajomych znad morza jest przecież typowe i poza poczuciem niedowartościowania mam co najwyżej żal do paru osób, że nie wypowiedziały choć zdania. Galeria w Zielonej Górze była dobra na początek, potem już właściwie blaknie i rozpływa się w niebycie wspomnień przytłumionych towarzyskim spotkaniem, używkami, anegdotą. Dla mnie jest ta książka nauczką za zaniedbanie własnej historii, za brak porządnego źródła, za zaniechanie i lenistwo.

Martin Blaszk - Historia, schemat pracy z wystawy pracowni Witosława Czerwonki


czwartek, 20 kwietnia 2017

Czasami nie

Czasami się nie da i trudno pojąć, czemu. Pojawiają się wydarzenia, ciekawe podróże, nowe znajomości a wszystko jakoś nie poddaje się opisaniu, albo po prostu umysł odporny na nowości, niegiętki, zastały. Zdziś ciekawe sztuczki też robi a ja nic. No, ale dosyć tej autoreferencji, to nikogo nie obchodzi, coś o tym wiem.
Z drugiej strony, jak się zobiektywizować? Podziwiam tych, co to umieją, uniwersalizują, ciekawie opowiadają, jeśli o sobie, to tylko dla formy.
Dobrze, będzie więc opowieść osobista acz można ją uogólnić, bo jest o wielu aspektach życia.
Zdarzyło mi się pod koniec lutego, pogoda była ładna, świeciło słońce, był taki moment w tym czasie, że już wiosna, cieplej niż teraz na pewno było. Jechałem sobie samochodem z uczelni, pora była szczytowa, co w moim mieście nie oznacza jakiejś wielkiej dolegliwości, ot kilka minut stania w kolejce przed światłami, bo korkiem to trudno nazwać. Jest takie miejsce w Zielonej Górze, gdzie nawet na światłach przejeżdżając, łatwo się nie jest wbić na właściwy pas. Postanowiłem być cwany i tak, przejechałem przez ciągłą, żeby od razu wjechać na właściwy tor. Nie stworzyłem żadnego zagrożenia, ale nikt nie jechał, ale tak, nie powinienem. No i pełen samozadowolenia jadę sobie dalej, na następnym skrzyżowaniu skręcam i po kilkudziesięciu metrach staję, by wpuścić samochód
wyjeżdżający z Placu Słowiańskiego. W tym momencie z jadącego za mną czerwonego auta wyskakuje kierowca, na oko duży i gwałtowny i lży mnie grubym słowem prze szybę. Jak się domyślam, za tą nieprzepisową wbitkę. Nie mówię nic, ruszam, bo już można. I tak sobie myślę - wysiadać i mierzyć się z nim na środku ruchliwej jezdni to by było głupie. Wzywać policję bo ktoś w brutalny sposób zwrócił mi uwagę, też głupie. Nawet nie kopał samochodu. Co nie jest tu ironią.
Sam może byłbym wkurzony na coś takiego. Sm pewnie wrzeszczałbym, co za idiota, kretyn, itd, itp. W samochodzie i w pustkę, no bo w realnej konfrontacji nie jestem skory do starcia, czy fizycznego, czy słownego. No i tak to. Jakoś go rozumiem, ale jakoś też niekoniecznie. Sam bym czasem tak chciał, ale doskonale wiem, że nie wolno. Może też zazdroszczę, że tak po prostu potrafił, bez oglądania się na konsekwencje.
A w galerii superwystawa o projektowaniu dla dzieci, z Instytutu Designu w Kielcach. Załoga się już na niej świetnie bawi a mam nadzieję, że dzieci też będą. No i ciągle jeszcze Pensjonaty Doroty Buczkowskiej, delikatny, tajemniczy świat, trochę umarły a trochę lśniący inaczej o każdej porze.
Sesja Zdzisia, Gocha Dobrucka, Karolina Spiak i kuratorki, Joanna Kurkiewicz
 i Ola Banaś porównują Zdzisia z pieskiem Drakulą.


wtorek, 14 lutego 2017

Być Ickiem.

Jak być może niektórzy z Was pamiętają, w Niemczech od stycznia 1939 roku wszyscy Żydzi noszący nieżydowskie imiona otrzymywali obowiązkowo, w dokumentach, imiona Sara lub Izrael. Przypomniał mi się ten fakt w momencie, kiedy uczestnicy antyuchodźczej manifestacji okrzyczeli mnie imieniem Icek, z uwagi pewnie na mą rudą brodę i własne uprzedzenia. Właściwie to nawet lepiej niż Mośkiem, gdybym miał wybierać. Choć to przecież imię Mojżesza spolszczone, no jednak mimo wszystko wg tradycji autora Pentateuchu, jakby nie patrzeć świętej księgi także dla katolików. Icek jest, jak łatwo przeczytać w polskim Internecie bohaterem niezliczonych, ciągle żywych w kraju bez Żydów anegdot żydowskich. Jakoś mnie więc ten Icek nie obraził, w końcu to zniekształcony Izaak, co jak wyczytałem w Wiki, oznacza śmiech. Jakiż piękny źródłosłów, tym bardziej nie ma się na co obrażać no i jakoś też paradoksalnie, jego uczestnictwo w tych żartach tym znaczeniem może się bardziej tłumaczy. Sam kiedyś przyznam, te szmoncesy opowiadałem, nie rozumiejąc nazbyt idiotyzmu tej czynności, zrozumiałej w czasach, kiedy ich bohaterowie żyli sobie, może nie beztrosko, ale jednak żyli. Jak już przestali, takie opowiadanie, wykonywane z dobrej czy niedobrej woli, jest jednak głupie. Rozumiem w Odessie jeszcze, no.
Pamiętam jeszcze swoje polemiki z kolegami, którym próbowałem przetłumaczyć, że pewnych dowcipów się nie opowiada, choć przecież sam mam na sumieniu rzekę tego typu zachowań. Nie, żebym miał wyrzuty sumienia, młodość cechuje się przyrodzonym sobie bałwaństwem i trawestując znane powiedzenie kto nie bywał głupawy w młodości, ten na starość będzie nudnym bęcwałem.
Jednak bycie Ickiem w bezickowym społeczeństwie łatwe może nie być, prawdziwym Ickiem oczywiście. Jako biały, heteroseksualny mężczyzna nie mam teraz  właściwie  problemów z przebywaniem w miejscach publicznych mojego kraju, choć nosząc nadmiernie obcisłe spodnie narażałem się niekiedy na plugawe, choć ciche komentarze.. Dawno temu, kiedy  nosiłem długie włosy, ubierałem się powiedzmy niestandardowo i z dużą ilością koralików, wiedziałem, że to może być tu i ówdzie źle widziane. Ale przecież robiłem to świadomie, prowokując spojrzenia, reakcje, bawiąc się czasem a czasem uciekając. Kiedy jednak ostatnio na chwilę stałem się Ickiem, poczułem ciężar nienormatywności, która ciągle, nie tylko tu, bywa źródłem sytuacji nieprzyjemnych, opresyjnych, przykrych. Niewiele trzeba. Nagle czujesz uważne spojrzenia, oglądasz się nerwowo i czekasz na atak. Nawet jeśli to wszystko tylko twój wymysł lub imaginacja. Oczywiście, że to wymysł i imaginacja a jednak nie włożę kipy i nie wyjdę na ulicę, nawet w Warszawie. A i pewnie nie w Paryżu, Berlinie coraz mniej i wielu innych miejscach. Nie mam zresztą powodu, ale uparcie stawiam się w sytuacji kogoś, kto musi, chce, powinien. I wolę mówić jednak o sytuacji tu, bo tu mieszkam i pracuję. Pisałem tu kiedyś o nieobecności Żydów w powojennej Polsce, w miejscach gdzie mieszkali przed wojną i sprawdziłem na przykładzie Parczewa, czy może coś się zmieniło. Przed wojną 50 % mieszkańców. Na stronie miejskiej ani śladu właściwie. Na Wiki trochę, choć najwięcej o powojennym pogromie. Czyli jak dawniej. Nie raz to już mówiłem, cieszę się, że mieszkam tu, gdzie "to zrobili inni". Gdybym mieszkał w Wąwolnicy, Kazimierzu albo Górze Kalwarii nie wiem, kim bym był i co myślał o tym, ale nie da się chyba na spokojnie przejść nad tym do porządku. Jakiś czas temu Andrzej Kirmiel, historyk opisujący dzieje Żydów w ZG i okolicach napisał, że obecnie w naszym mieście mieszka 10 osób mających pochodzenie żydowskie. W sumie mogę być honorowym Ickiem, nie z powodu jakiegoś głupiego filosemityzmu tylko raczej z poczucia wspólnoty z nieobecnymi.

sobota, 4 lutego 2017

O wystawie Jana Smagi i Zdzisiu odrobinę.

Zacznę od Zdzisławka choć wiem, że niektórzy z Was już po dziurki w nosie mają tego tematu, ale jakoś tak nie mogę jednak. W filmie Toni Erdmann na samym początku umiera stary piesek bohatera i ja fizycznie tę scenę poczułem w gardle, nawet nie, że czułostkowo, że jakieś łzy czy coś. Raczej przesmutną taką świadomość, że to się stać musi, że jest nieuchronne, że nic się na to nie da zrobić, no chyba że mi się pierwszemu przytrafi. Każdy jak miał zwierzę, zna tę pojawiającą się świadomość. Bardzo kibicowałem chłopcu z Smętarza dla zwierzaków, tak doskonale go rozumiałem od zawsze. Tak jak po śmierci ojca śniło mi się czasem, że zjawia się, wiem że jest martwy ale mi to nie przeszkadza, trochę się boję, ale bardziej cieszę. Rozumiem malgaską Famadihanę. Tęsknimy za człowiekiem, jego słowami, czynami aktywnością, ale też za ciałem, zapachem, ciepłem, całą tą fizycznością, która dopiero za jakiś czas po stracie staje się tak dojmująco nieobecna. No a piesek, jak to piesek, nie bardzo zwraca uwagę na moją świadomość, tylko ogania się od moich nadmiernych pieszczot., patrzy na mnie z wyrzutem kiedy krzyczę na niego i tak sobie przebywamy w spokojnej relacji. Prawie cały czas jest gdzieś przy mnie i chyba dlatego tak źle znosi rozstania, ja zresztą też nie najlepiej. Z drugiej strony to jakieś takie smutne i obciachowe jest, samotny starszawy facet z pieskiem, coś niezbyt ładnie pachnącego i raczej wzbudzającego litość oraz chęć oddalenia się czym prędzej. Umberto D. Jakoś patrząc na siebie z dystansu nie dziwię się tym wszystkim portierom, własną piersią zasłaniającym wejście do gdzieś tam, gdzie z psem oczywiście nie wolno. Odganiają swoje przeznaczenie. Nie żebym się użalał, Zdziś pozwala na nawiązywanie miłych rozmów, jest zawsze grzeczny, pozwala się głaskać i robi słodkie oczy. Zjawił się w moim życiu nagle i znikąd, ale nigdy tego nie żałowałem. Może odrobinkę czasem jak koniecznie chce na spacer o 3 rano. Ale odrobinkę. Czułostkowość, spieszczenia, rozmowy ze zwierzęciem przy ludziach, głośne pouczanie na ulicy, sam nie wiem, jednak jakoś obciach, choć staram się nie.
Długo nosiłem w sobie doświadczenie wystawy Jana Smagi w Rastrze, po której zresztą zostałem oprowadzony przez autora, o czym za moment. To nie będzie oczywiście recenzja, tu nie ma recenzji ani esejów, tak sobie wypisuję ulotne wrażenia. Jak ktoś chce recki, to tu jest tekst Piotra Słodkowskiego, fachowy i rzetelny, choć trochę się z nim nie zgadzam no i dobra dokumentacja. Artony Włodzimierza Borowskiego, które są dla Smagi punktem wyjścia, zawsze były dla mnie czymś niezmiernie ważnym. Piszę czymś, bo przecież z założenia miały nie być sztuką, choć umieszczone w galerii czy w muzeum jakoś jednak tego statusu nabierały. Nie pamiętam, chyba pierwszy raz zobaczyłem je zreprodukowane w książce Alicji Kępińskiej a może tylko o nich przeczytałem, nieważne, nawet teraz nie pobiegnę sprawdzić, czy są tam, w tej kolorowej wkładce do czarno jednak białej książki. Potem to już pierwszy raz w Łodzi, chyba jeszcze na Więckowskiego. Faktycznie, nigdy nie były dla mnie czymś oswojonym czy oczywistym, zawsze odgradzały się nieoczywistością swojego bytu nie bytu czy raczej bycia nie bycia. Trochę mi się z takimi plafonowymi kloszami kojarzyły, tymi białymi, gdzie zawsze pełno much, jak byłem mały, jakoś się bez powodu ich obawiałem, przez te muchy martwe chyba. To skojarzenie odwoływało się do niemożności, do strachu przez niepoznawalnym, ale też było wyrazem radości z istnienia czegoś tak nie w a obok. Jan Smaga opowiedział mi literalnie o swoim działaniu z dokumentacją artonów, trochę mogłem się domyśleć, ale więcej się dowiedziałem. Mam wrażenie, że udało mu się, przynajmniej tak czuję, tym rozbiciem na nierozpoznawalne kawałki utrzymać ich niepoznawalność, ich bycie poza, ich tajemniczą (nie boję się tego słowa zupełnie) pozapostrzegalną egzystencję. Jest przy tym ta praca wyrazem szacunku dla fizyczności, unikalności, żmudnej pracy, co zawsze podziwiam. No i ma swój wymiar estetyczny o czym Piotr dobrze napisał. A dziś oglądałem sobie relację on-line z otwarcia w Rastrze na Insta i po raz kolejny podziwiałem wymiar czasu, w którym mi przyszło żyć. Moja mama zawsze unosi się nad zmianami technologicznymi, których przyszło jej doświadczać (kiedy po raz kolejny z trudem uczę ją obsługi nowej komórki, głupio się niecierpliwiąc) i ja się podobnie czuję. Dobrze, zaczynam prawić banały, czas kończyć. Dziś tylko Zdziś.

W koszyku się nie mieści trochę.




piątek, 3 lutego 2017

I po co ja tam poszedłem - Toni Erdmann.

Nie powinienem iść na ten film, co mną kierowało, to nie wiem. Jakoś z założenia nie przeczytałem żadnego opisu ani żadnej recenzji. Są takie filmy, na których od samego początku utożsamiasz się z głównym bohaterem i całą  historią. I ja tak miałem i dlatego już nic więcej nie napiszę, powiem tylko - Maren Ade Mistrzyni!

Z Misią, może 2000 albo nawet '99 w Izerach u Tomka



środa, 1 lutego 2017

Śpieszmy się oglądać wystawy, tak szybko znikają...

Od razu przepraszam za trawestację tak popularnego, tak zbanalizowanego, ale też tak dźwięcznego cytatu. Po raz kolejny dopadła mnie refleksja, jak bardzo to, co robię jest ulotne i trudne w zdyskontowaniu; jak bardzo każdy sposób dokumentacji jest tylko i wyłącznie dokumentacją a w dodatku jak często nawet to zaniedbuję. Za co mi wstyd i wszystkich artystów przepraszam niezmiernie. W tej chwili w galerii jest wystawa obrazów Agaty Bogackiej, wystawa wspaniała i w dokumentacji na naszej stronie też to widać (txs Karolina) A jednak już niedługo zniknie, obrazy pojadą z powrotem, może niektóre z nich ktoś kupi (oby) a niektóre Agata przemaluje i będą już inne. Prowadziłem na FB rozmowę na ten temat niezbyt może miłą, ale dającą mi do myślenia. Czy istnieje w ogóle optymalny czas trwania wystawy? Czy istnieje "idealna dokumentacja"? Przypomniałem sobie w kontekście niedawnej wizyty w Warszawie jedną ze swoich ulubionych wystaw w ogóle, czyli "Kwiaty naszego życia" Joanki Zielińskiej. 9 lat temu była prawie, niesamowite, jeszcze w czasie kiedy myśleliśmy, jakie to będzie świetne miejsce...Chciałem sobie przypomnieć kształt tej wystawy, na stronie CSW na szczęście dokumentacja jest. Ale zdjęcie są niepodpisane, trzeba zgadywać, co jest co, widać obrazki, całość uleciała, została w pamięci, trochę niejasna a trochę tak przyjemna. Może tak powinno być, może nasza pamięć wystaw powinna być jak przypominanie miłych chwil w relacji z innym człowiekiem, może tak lepiej. A miałem to skojarzenie przy okazji wizyty w MSNie na wystawie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych
która jakoś mnie nie usatysfakcjonowała zupełnie, była jak risercz po jutubie, wimeo, insta i FB i czym tam jeszcze i ujawnieniem niektórych znalezisk. Rozumiem, że tak to dziś jest, może też dlatego rzeźby Julien Creuzet mi się podobały w swej zabawnej namacalności Tę nieco banalną całość wynagrodziła mi instalacja Andrzeja Szpindlera, szalona, gesamtkunstwerkowa, w dodatku w piwnicy, w której pierwszy raz byłem. Niepokojąco klaustrofobiczna, niemożliwa do odczytania była sama dla siebie, jak znalezisko w tym podziemiu, przypadkowe i nieoczekiwane.
Byłem też w Zachęcie na oprowadzaniu profesora Baraniewskiego po wystawie Jerzego Jarnuszkiewicza,zadziwiająco muzealnej, mnóstwo ludzi, rzetelny wykład, zawiłość nieoczekiwanych dygresji, imponujące. I w Zachęcie Abraham Ostrzega, wystawa która mogłaby być muzealna właśnie a zupełnie nie jest. Historia zapomnianego rzeźbiarza odkrywana w kontekście skomplikowanych polskożydowskich losów (tak właśnie, bez myślnika), poważne ale wizualne prace, przemyślany sens. Zobaczyłem, dowiedziałem się, przeżyłem w emocji. Właściwie, ideał wystawy. Bez ironii. No i jeszcze u Michała Slezkina w pracowni nowej, gdzie dużo fajnych obrazów i kurator z Kolumbii John Angel, który uświadomił mi smutny fakt, że z dziedzictwa Antanasa Mockusa w Bogocie nic nie zostało.
Trochę bałaganu, ogólników, dopiero wracam do pisania i sztywno jest i drewno słychać, ale staram się.

W MSN - piłeczki, to co Zdziś lubi na wystawach najbardziej

Fragment pracy Andrzeja Szpindlera w MSN

Jeszcze raz Andrzej Szpindler

Rysunek Jerzego Jarnuszkiewicza z wystawy w Zachęcie

W pracowni Michała Slezkina, John Angel zmienia płytę

Obraz Michała

Zdziś na Obelisku, mojej ulubionej pracy MS


środa, 25 stycznia 2017

Złość i nieopanowanie

Za łatwo daję się powodować złości, zwłaszcza gdy sprawa dotyczy kwestii zawodowych. Tracę kontrolę i opanowanie, którego i tak mi nie zbywa i robię rzeczy głupie. Z punktu widzenia instytucji i swojego takoż. Zapominam, że ja to nie galeria a galeria to nie ja, że trzeba jednak oddzielić i się zachowywać, szczególnie w mediach tzw. społecznościowych. Tu trzeba zacisnąć zęby i mówić, tak proszę pana, istotnie proszę pani, odnoszę wrażenie, że jest nieco inaczej, proszę państwa itd. Często to umiem, czasami niekoniecznie. W końcu dla usprawiedliwienia dodam, żem z prowincji. Ale też nie chcę, żeby moje zachowanie rzutowało na postrzeganie galerii, bo powtarzam, ja to nie ona, ona to nie ja. Dystans, dystans, jak mawiał trener Stamm. A tu czasem wszystkie uwagi trenera biorą w łeb (dokładnie), macham rękami na oślep, w zacietrzewieniu i głupiej chęci obrony tego, co można by spokojnie obronić z rozwagą i na spokojnie. Jasne. Jednak bez emocji to trochę sobie nie wyobrażam. Ale też nie wyobrażam sobie koleżanek i kolegów dyrektorek i dyrektorów tak się zachowujących  bo mają klasę, styl i zarządzanie, a ja ciągle muszę się starać i uczyć.
Wczoraj na Akademii Sztuki w Szczecinie, miejscu, które trochę przywraca wiarę w nauczanie artystyczne. Miałem spotkanie ze studentami, na którym pokazali mi dokumentację swoich działań i były to rzeczy bardzo interesujące, często zaangażowanie w dookolny świat a nawet jak nie, to z pełną świadomością formy, sensu tworzenia i wiarą w możliwości sztuki i przekonaniem o niezbędności własnej ekspresji.. Dużo wzruszeń i tajonego zachwytu, sporo też nie tajonych wątpliwości, bo to przecież studenci jeszcze i mają prawo wiedzieć, że niekiedy błądzą. Nie sądzę, żebym jakoś im pomógł, co najwyżej nie są już dla mnie anonimowi. No i mają świetnych wykładowców artystów, przy których czuję się jednak tylko i wyłącznie urzędnikiem od sztuki, może z nieco większą niż statystyczna, empatią.
Zdziś był bardzo grzeczny, show kradł umiarkowanie, zawodowiec w każdym calu swej niewielkiej, psiej osoby. Szczecin widziałem o zmroku, imponujący, trochę bury, lekko zamglony, dziwny.
A bywa, że potrafię być spokojny i opanowany, bo jednak wierzę, że można prowadzić dialog z (prawie) każdym. To pewnie złuda i naiwność, ale wolę być naiwny niż udawać kogoś, kim nie jestem. Moja napastliwość ma jednak zawsze tę barierę naruszenia czyjejś cielesnej integralności, tu się zatrzymuję, z rozmysłem i na pewno. Już potrafię. I łatwiej mi z kimś, kogo poglądy są skrajnie daleki od moich, niż z tymi którzy pozornie myślą podobnie a tymczasem tak naprawdę postrzegają świat z wyżyn swojego statusu materialnego, miejsca zamieszkania, wyższości intelektualnej. Wtedy mi puszcza bardziej niż z ewidentnym przeciwnikiem. Rozmawiałem sobie o tym z pewnym prominentnym kuratorem niedawno i obaj nie mogliśmy wyjść z podziwu, jak nasze tzw. "środowisko" nie potrafi się wyzbyć swojej małości, swarliwości i zawiści w obliczu naprawdę poważnych wyzwań. Ja też czasem nie potrafię. Ale nad agresją także werbalną, będę ciężko pracował, bo ahimsa. Jednak.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Wyznania tchórza

Skoro już ostatnie dni przyniosły kwestię mojego stosunku do przemocy słownej i fizycznej to opowiem Wam tu kilka historii wstydliwych, których naprawdę nikomu nie ujawniałem. To nie kwestia potrzeby spowiedzi, nagłego rzutu ekshibicjonizmu czy innych tego typu zachowań. Jak już się mamy znać, no to uprzejmie proszę. Na marginesie, moja ostatnia nadaktywność w relacjach z otoczeniem, również na FB, aczyna mnie nieco niepokoić. Mam jednak nadzieję, że nie uważacie tego za jakiś chory nadmiar, to trochę okoliczności, trochę zniecierpliwienie, trochę wiara w konieczność zmiany.
Od dzieciństwa miałem kłopot z fizyczną obroną własnego terytorium. Mówiąc wprost, byłem tchórzem. Własna fizyczność zawsze zresztą była dla mnie jakimś obciążeniem. Zawsze ostatni w biegach, zawsze ostatni wybierany do drużyny piłkarskiej, zawsze raczej niezręczny, w obawie przed piłką, albo rozpędzonym ciałem kolegi.
W podstawówce miałem o tyle dobrze, że wszystkie spory fizycznie załatwiał za mnie Piotrek, który raczej nie pytał za długo, tylko lutował od razu, mimo że nieduży. Nie bał się nikogo, nawet o kilka lat starszych. Nie nauczał mnie tego, bo chyba uznał za nie najlepszego ucznia potencjalnie. W każdym razie do piątej klasy miałem spokój. No, pamiętam oczywiście te krzyki typu okularnik, filozof itp, bo okulary przytrafiły mi się dość szybko, ale to raczej zawsze za oczami. Nawet klan braci Siepków z Jedności po sławnej walce na Placu Słowiańskim, kiedy to Piotrek dostał kamieniem w głowę, nie dawał mi się we znaki. Po prostu unikałem konfrontacji. Sport miałem w pogardzie w gruncie rzeczy, nad czym ubolewał mój ojciec, który dopóki nie zachorował, był bardzo sprawny fizycznie. Kłopoty zaczęły się po przeprowadzce na osiedle. Był tam chłopak, który postanowił mnie zastraszać i zacząłem się w końcu bać wychodzić na ulicę. Pamiętam to uczucie, kiedy musiałem iść czy to do sklepu, czy do szkoły i wiedziałem, że on gdzieś jest. Nawet mnie nie bił, po prostu coś tam krzyczał, albo na mnie czekał i po prostu był. Do dziś pamiętam ten strach i wiem, że nigdy nie chciałbym powtórzyć tego doznania. Trwało to kilka miesięcy i w końcu zrobiłem rzecz, której żałuję do dziś i której nie powtórzę nigdy. Poprosiłem kolegę C., który był od nas wszystkich większy o głowę i cięższy o 20 kg, aby zrobił z moim wrogiem porządek. Egzekucja nie była zbyt brutalna i polegała na uniesieniu w górę i upuszczeniu na ziemię. Na jakiś czas był spokój i znów się zaczęło i wtedy postanowiłem - będziemy się bić. Kolega przyjął wyzwanie i spotkaliśmy się za sklepem nad Kaczym Dołem, do dziś pamiętam to miejsce. Staliśmy naprzeciwko, nawet nie pamiętam dziś jego twarzy tylko kpiący uśmiech a potem uderzył mnie otwartą dłonią a ja nie odpowiedziałem niczym, stałem, w końcu się rozeszliśmy, on ze śmiechem triumfu, ja w upokorzeniu. Po jakimś czasie, nagle zniknął, podobno zachorował, ale nic pewnego nie wiem na ten temat. Miałem 13 lat i jakoś jednak nadal nie umiałem, z wrodzonego lenistwa i strachu przed swoją własna niezbornością nie zapisałem się na judo, karate czy cokolwiek, choć było to całkiem możliwe. Tak, to lenistwo raczej a nie chęć do nastawiania drugiego policzka. Potem zdarzały mi się jakieś konflikty, ale przeważnie uciekałem i już. Jeśli nawet coś tam odszczekiwałem na wyzwisko, to raczej po cichu. Kiedy już miałem narzeczoną sprawy zmieniły się o tyle, że to jednak jest w etosie, obrona kobiety, rycerskość, siła. Przez jakiś czas udawało mi się unikać ujawniania, że to nie jest moja domena. Pojechaliśmy do Krakowa, był chyba 80 rok, mieliśmy metę w klasztorze u Tomka i wszystko wydawało się piękne
i nierealne, mimo całego otaczającego nas syfu. To były chyba nasze pierwsze wspólne wakacje. Przed dworcem usiedliśmy na ławce, plecaki były ciężkie, zbieraliśmy się do dalszej drogi i przysiedli się do nas okoliczni rezydenci. Raczej po prostu pijacy niż bandyci. Nie pamiętam już meritum, w pewnym momencie, przy Ance jeden z nich uderzył mnie w twarz. Nie był jakiś wielki czy groźny, po prostu zrobił to bez problemu, nawet nie mocno. I ja, przy mojej ukochanej, nie potrafiłem mu oddać. Stałem, nic nie mówiąc, nie pamiętam co zrobiła ona, ale w końcu stamtąd poszliśmy i chyba już potem nie było o tym mowy. Poczucie upokorzenia było jednak na tyle dojmujące, że potrafiłbym pokazać dokładnie miejsce, gdzie to się stało. Tam wszystko już prawie się zmieniło a ja jednak jak bywam w Kraku, omijam te współrzędne wzrokiem. Nie wiem, czemu tak jest. To nie jest organiczna niechęć do przemocy. To paraliżujący strach. Nie wiem, co by się stało, gdyby uderzył Ankę, pewnie w końcu bym się przemógł. Zawsze tak myślę. Potem zacząłem przejawiać agresywne zachowania pod wpływem alkoholu. Zdarzało mi się, czego wstydzę się do dziś, zachowywać się agresywnie, choć na szczęście nigdy nikomu nie zrobiłem krzywdy, ani nawet nie próbowałem w końcu, nawet jeśli wykrzykiwałem, że to zrobię. Wewnętrzny tchórz nie dawał się nawet upoić. Tylko raz, o czym wie, kto ma wiedzieć i za co codziennie rano się wstydzę. Dziś staram się ucinać agresywne zachowania zanim się pojawią. Trochę ze strachu, ale bardziej jednak z wewnętrznego, świadomego przekonania, że to nie jest sposób. Oczywiście, kiedy ktoś chciałby fizycznie skrzywdzić kogoś na moich oczach a ja mógłbym temu zapobiec, próbowałbym, chyba. Ale sam już ani nie będę krzyczał, ani dawał się prowokować, ani nie będę zaciskał pięści i mówił przez zaciśnięte zęby. Jeśli nawet jest to wynik strachu przed fizyczną konfrontacją, to trudno. Pierwszy nie zacznę. Zawsze bardzo bliska była mi filozofia Gandhiego - przemoc rodzi przemoc. Kiedyś myślałem tak z tchórzostwa. Dziś z głębokiego przekonania. Że to działa i jest jedynym wyjściem z sytuacji eskalacji agresji. Chciałem coś jeszcze bardziej mądrego, ale już za późno, Zdziś w koszyku trochę chrapie.

sobota, 21 stycznia 2017

Strzemiński, Plinta, majtki i Odejście...

Prawie rok temu pisałem tu ostatni raz. Obiecałem jednak Wam i sobie, że wrócę i w końcu będę tu bywał regularnie. To jakoś jednak trudne jest zajęcie. Podśmiewałem się z nieodświeżanych blogów, tymczasem sam stworzyłem tu niebyt na długi czas. W związku z abstynencją od pisania niebranżowego będzie tu sztywno i bez polotu, słowa wyciskane z mózgowej tubki raczej papkowate. No ale też wkurw mnie ogarnął ostatnimi czasu, na różne rzeczy, słuszny lub nie, ale potężny. Może też jakaś chemia organizmu zadziałała, może koniec dawnego świata oczywisty, więc wracam, choć nie spodziewajcie się tu Ramajany nowej. Będzie jak było. Rzeczony wkurw różne ma przyczyny a najwięcej zawodowych. Osobiste już raczej mało istnieją i nie będę o nich opowiadał za dużo. Już i tak usłyszałem od Karoliny Plinty, że pieskiem na Instagramie nie zaistnieję. To prawda. W gruncie rzeczy akurat w tym miejscu zapominam ciągle o dwoistości swojego funkcjonowania. Więc będzie też oficjalny Insta BWA a mój będzie już tylko o Zdziszku. Nie mniej tak sobie pomyślałem, że ostatnie ważne pismo o sztuce wybrało ryzykowną drogę balansu pomiędzy byciem stricte branżowym a lajfstajlowym niestety. Nie żeby miał coś przeciwko Elle czy Zwierciadłu, o K-Magu już nie mówiąc. Bywam ich pilnym czytelnikiem czasem, choć coraz mniej rozumiem ich narracje. Rozumiem chyba strategię redakcji, która chce przyciągnąć młodych czytelników, dla których media społecznościowe to integralna część egzystencji. Rozumiem to i właściwie nie chciałbym być na ich miejscu. Tworzenie pisma o sztucew w czasie, kiedy szaleństwo obrazów czyni świat coraz bardziej fragmentarycznym, niepojętym i niedefiniowalnym z zasady jest czynnością ekwilibrystyczną. Z drugiej strony, może by jednak trzeba się na coś zdecydować? Tak jak Karolina Plinta nie może się ostatnio zdecydować, czy być krytyczką, czy jednak artystką-galerniczką, tak Szum jest areną dla poważnych recenzji a z drugiej strony nielotnych użalań się nad sobą przy pomocy amerykańskich poetek konfesyjnych. No OK, być może taka jest dziejowa konieczność, ale istnieje jeszcze kwestia wiarygodności.
Piszę o tym z osobistych powodów również - z Jagną Domżalską wygraliśmy jeden z nielicznych polskich konkursów na wystawę dla kuratorów, w Galerii Bielskiej w Bielsku-Białej. Wydawało nam się, że zrobiliśmy interesującą wystawę, pokazującą w niebanalny sposób postawy wobec malarstwa i te dystansowe, i te w pełni pogodzone, i te in between. "Odejście" było naprawdę i w przenośni, i w nawiązaniu do tego ulubionego na wystawach z dawnych czasów pojęcia, tak technicznego, jak nieostrego. Czekaliśmy na recenzję w jedynym, jak się wydaje, miarodajnym polskim piśmie o sztuce. Trochę z ciekawości, trochę by zobaczyć to co zrobiliśmy innymi oczami, by dowiedzieć się czegoś o sobie i swojej pracy. No i nic. Wystawa trwała ponad 2 miesiące. OK, w tym samym czasie odbyło się wiele zdarzeń, których nikt nie zrecenzował. Nikt o nich nawet nie wspomniał w czymś więcej, niż notatka prasowa. No pewnie już tak będzie, a jednak wolałbym, żeby Karolina Plinta nie chodziła z kubłem, tylko pisała. Bo umie. Jest niesprawiedliwa, złośliwa, czasem zwyczajnie wkurzająca a jednak umie. Oczywiście, kubeł Karoliny jest jej osobistą sprawą; więcej - ma do chodzenia z kubłem święte prawo jeśli woli. Nie poradzimy na to nic. Szkoda tylko, że traci na tym pismo. A może ta nasza wystawa była po prostu zła no i lepiej byłoby dla naszego dobra, by o niej nie pisać. Biorę to pod uwagę. Była bowiem nieco zachowawcza, konserwatywna w swoim przywiązaniu do idei farby, materii, koloru, tych wszystkich dyskusji o "wartościach malarskich". A jednak też nie do końca, udało nam się (chyba) stworzyć spójną ekspozycję i dobrą opowieść o możliwościach ciągle żywego medium. Nie ledwie żywego.
Głupio recenzować własna wystawę, więc już cicho, ale też dość mam czasem kładzenia uszu po sobie i przytakiwania mądrzejszym kolegom z centrali.
Z Jagną Domżalską, z którą rozumiemy się na tyle dobrze, że stworzyliśmy duet kuratorski, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, złożyliśmy też projekt wystawy w konkursie na  w Polski Pawilon w Wenecji. Kilka razy rozmawiałem z członkami jury albo innymi prominentnymi osobami polskiego świata sztuki i za każdym razem bałem się zapytać, co sądzą o nim. Honorata Martin miała tam mieszkać przez cały okres trwania wystawy, z Maksem, swoim chłopakiem i ich świeżo urodzonym dzieckiem. Jak znacie Honoratę to wiecie, że to mogła by być naprawdę znakomita praca. w kontekście świata i jego zdarzeń wydawało nam się, że uczestniczymy w przygotowaniu czegoś naprawdę istotnego. I jasne - argumenty przy okazji wygranej Sharon Lockhart, że w polskim pawilonie powinien być polski artysta są głupie i żałosne, zgadzam się. A jednocześnie nie mogę przeboleć, że była szansa na realizację czego naprawdę ważnego, stawiające mnóstwo pytań, dającego odbiorcy  możliwość wejścia w czyjś świat w sposób radykalny. Bo Honorata jest radykalna i będzie, na szczęście. Znów bronie swego (i Jagny a przede wszystkim Honoraty), ale z perspektywy prowincji czasem zaczynam być Andrzejem Biernackim i Moniką Małkowską w jednym i widzieć wszędzie uknute spiski. Tak, to głupie, ale poczucie bezsensu większości swoich działań jest jeszcze głupsze.
Napisałem zdanie o "Powidokach" po ich świeżym oglądnięciu. Dowiedziałem się od ludzi z branży głównie, że raczej słaby. A ja jestem może nie tyle zachwycony czy owładnięty, co po prostu wzruszony. Że on nigdy nie powiedział, jak ja tu wyżej, że ma poczucie bezsensu. Nawet jeśli w życiu tak było, to ten film jest jednak o sile własnego przekonania o sensie. Nie wchodzę w kwestie uczciwości historycznej, ale przecież był konsultowany. No i jest filmem, wypowiedzią jednak autonomiczną wobec biegu wydarzeń. To chyba akurat tu nie do końca istotne, to nie jest film biograficzny. Ja nawet nie myślę o jego formie, myślę o ludziach, którzy nigdy nie byli w pracowni malarskiej, myślę o tych, którzy o postaci Strzemińskiego mają mgliste, albo żadne pojęcie. Myślę o tych, dla których sztuka nieprzedstawiająca jest ciągle "niezrozumiała". Myślę o tych, którzy może bardziej zrozumieją, czym jest relacja artysty i władzy. Czym jest malarstwo nawet. Nie wiem. Po prostu spojrzałem na postać Strzemińskiego nie przez pryzmat tego zdjęcia, na którym jest wychudzony i zgorzkniały tylko zobaczyłem go jako charyzmatycznego nauczyciela, nawet jeśli Bogusław Linda recytował fragmenty Teorii Widzenia trochę mechanicznie.
 Jestem naiwny i niezbyt lotny. Nie bardzo rozumiem te wszystkie zarzuty. Pewnie można było lepiej, może zmarnowano temat a może po prostu poczekajmy trochę, niech się uleży.
Zdzisia już dziś nie będzie, śpi.