Na skutek licznych interwencji wprowadzam korektę do tego postu. Przepraszam, nie powinno się robić takich rzeczy, ale może jednak macie rację Wy, nie ja.
Będzie krótko, smutno i wieczornie. Piję sobie herbatę w norze, Zdziś oddany na chwilę, samotność. Jest tak inspirująca, jak zabójcza. Uwzniaśla i boli. Może ten Rilke z wczorajszego wieczora by wystarczył? Zamiast tu gadać banałami, kopiami, nudą, powinienem zostawić ten wiersz. Choćbym zapisał się tu na śmierć, nigdy nie napiszę niczego takiego. No co? Trzeba równać do geniuszy, z drugiej strony.
Z Warszawy wracałem z Ryszardem W. Całkowicie przypadkowo bilety w tym samym przedziale, naprzeciwko siebie. Rozmawialiśmy o sztuce, zdrowiu, trochę jak zawsze plotek o znajomych, ale nie powiem, jakich. Dobrze spędzona podróż i nie zdążyłem przeczytać wywiadu z Wiesławem Myśliwskim. Ale to zrobię, bo jeśli mamy jakiegoś pisarskiego geniusza, to on nim jest na pewno.
Nie ma za bardzo nic, jest noc, lodówka szemrze i świat się skończył. Oczywiście tylko dlatego, że zasypia razem ze mną. A rano będzie znów dużo ważnych rzeczy do zrobienia.
niedziela, 6 października 2013
Rilke z Synekdochy
i jeszcze R.M.Rilke z Synekdochy w tłumaczeniu Mieczysława Jastruna.
Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
pisał i niespokojnie tu i tam
błądził w alejach, gdy wiar liście pędzi.
Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
pisał i niespokojnie tu i tam
błądził w alejach, gdy wiar liście pędzi.
sobota, 5 października 2013
Brak słów
Bywa brak słów. Tylko dlatego, że trzeba, można, ale czy koniecznie? Nie opowiem Wam nic zajmującego ani bardzo ciekawego. Nie wiem nawet, czy chcę opowiadać. Jak Wam opowiedzieć o tym, że spełnia się obawa, że pozornie niemożliwe zdarzenie jest możliwe i widzisz złość i zaskoczenie w czyichś oczach a nie chciałeś tego i strach się ucieleśnia. Nie chciałem a się stało. Znowu zepsułem. Znowu nie poszło. Nie zrozumiałem, że nie wolno. W ogóle być nie wolno?
Poranek w Radio RDC, rozmowa z Rafałem Betlejewskim. Nie bardzo jestem zadowolony, oczywiście jakieś hamulce, obawy, zatrzymania, samoobserwacja. Niby luz a kontrolowany do końca. Nie powinienem w ogóle się zgadzać na to, bo co ja właściwie mam do powiedzenia. Tu sobie mogę, tu mnie czyta kto chce. Dlatego blog, z całą swoją ekshibicjonistyczną poetyką ma też rys - dobra, nie wiem, co tu chciałem napisać. Tyle dobrego, że Rafał przeczytał fragmenty wpisów i nagle usłyszałem jakieś Paolo Koelo, powalające banałem, ale ładnie przeczytane. Rafał, powinieneś częściej.
A po audycji zadzwonili do mnie panowie Wróblewscy starszy i młodszy, bo przez przypadek jej w trasie słuchali i najpierw nie wiedziałem, kto, oczywiście mnie nabierali, ale ucieszyłem się jakoś. Mimo tekstów dość zdecydowanych w swojej wymowie, gdy udawali starych harleyowców.
A potem jeszcze rozmowy z Michałem i Krzysztofem o projekcie "Państwo". Opowiem o nim jeszcze tu na pewno, ale cieszę się, że będziemy robić wspólnie wystawę. Duży to jest komfort robić coś tak wielowątkowego, historycznie umiejscowionego i niejednoznacznie młodzieńczo szalonego. A pracownia Michała bardzo piękna i cieszyłem się, bo dawno już nie byłem w malarskiej pracowni, nawet u moich znajomych malarzy w ZG dawno nie byłem.
Wieczorem jeszcze wernisaż w Propagandzie, wiele osób niewidzianych latami, wiele twarzy, które znać powinienem a nie znam. Niby 30 lat pracuję w galerii a nie znam nikogo właściwie. A może po prostu za rzadko bywam w Warszawie. A może po prostu nie zrobiłem nic na tyle ważnego, żeby musieć. Bardzo ładna praca Jacka Kryszkowskiego, Kuba Bąkowski też mnie ujął sufitowym satelitą. I klasyk Józefa R.
I pewnie parę jeszcze było ważnych, ale w tłumie zawsze jakoś ciężko się ogląda. I był Waldek na tę okazję z Londynu i Agnieszka M. której nie widziałem całe lata. Po raz kolejny wernisaż wyprowadził mnie trochę z równowagi, bo przestałem wierzyć w swoje istnienie.
A wieczorem Synekdocha Charlie Kaufmana, film który raczej należy koniecznie. Dzisiejsze 8 i pół z wielopiętrową niewiarą w zbawczą moc sztuki i z pełnym przekonaniem o miłości jako jedynej wartości. Jedynej, która jest na samym początku i potem może nie być już nic. Może też być co chcesz. A przy okazji banałami o miłości można zrobić dziurę w głowie czasami, tak są bezlitośnie twarde.
A teraz spać, w linii prostej to może być jakieś 700-800 metrów, ciągle nie mogę w to uwierzyć.
Poranek w Radio RDC, rozmowa z Rafałem Betlejewskim. Nie bardzo jestem zadowolony, oczywiście jakieś hamulce, obawy, zatrzymania, samoobserwacja. Niby luz a kontrolowany do końca. Nie powinienem w ogóle się zgadzać na to, bo co ja właściwie mam do powiedzenia. Tu sobie mogę, tu mnie czyta kto chce. Dlatego blog, z całą swoją ekshibicjonistyczną poetyką ma też rys - dobra, nie wiem, co tu chciałem napisać. Tyle dobrego, że Rafał przeczytał fragmenty wpisów i nagle usłyszałem jakieś Paolo Koelo, powalające banałem, ale ładnie przeczytane. Rafał, powinieneś częściej.
A po audycji zadzwonili do mnie panowie Wróblewscy starszy i młodszy, bo przez przypadek jej w trasie słuchali i najpierw nie wiedziałem, kto, oczywiście mnie nabierali, ale ucieszyłem się jakoś. Mimo tekstów dość zdecydowanych w swojej wymowie, gdy udawali starych harleyowców.
A potem jeszcze rozmowy z Michałem i Krzysztofem o projekcie "Państwo". Opowiem o nim jeszcze tu na pewno, ale cieszę się, że będziemy robić wspólnie wystawę. Duży to jest komfort robić coś tak wielowątkowego, historycznie umiejscowionego i niejednoznacznie młodzieńczo szalonego. A pracownia Michała bardzo piękna i cieszyłem się, bo dawno już nie byłem w malarskiej pracowni, nawet u moich znajomych malarzy w ZG dawno nie byłem.
Wieczorem jeszcze wernisaż w Propagandzie, wiele osób niewidzianych latami, wiele twarzy, które znać powinienem a nie znam. Niby 30 lat pracuję w galerii a nie znam nikogo właściwie. A może po prostu za rzadko bywam w Warszawie. A może po prostu nie zrobiłem nic na tyle ważnego, żeby musieć. Bardzo ładna praca Jacka Kryszkowskiego, Kuba Bąkowski też mnie ujął sufitowym satelitą. I klasyk Józefa R.
I pewnie parę jeszcze było ważnych, ale w tłumie zawsze jakoś ciężko się ogląda. I był Waldek na tę okazję z Londynu i Agnieszka M. której nie widziałem całe lata. Po raz kolejny wernisaż wyprowadził mnie trochę z równowagi, bo przestałem wierzyć w swoje istnienie.
A wieczorem Synekdocha Charlie Kaufmana, film który raczej należy koniecznie. Dzisiejsze 8 i pół z wielopiętrową niewiarą w zbawczą moc sztuki i z pełnym przekonaniem o miłości jako jedynej wartości. Jedynej, która jest na samym początku i potem może nie być już nic. Może też być co chcesz. A przy okazji banałami o miłości można zrobić dziurę w głowie czasami, tak są bezlitośnie twarde.
A teraz spać, w linii prostej to może być jakieś 700-800 metrów, ciągle nie mogę w to uwierzyć.
piątek, 4 października 2013
Czekanie
Czekanie jest czynnością a może bardziej stanem zawieszającym normalne życie. Zwłaszcza czekanie na nie wiadomo co. Analogia do Godota mi się tu nie nasuwa, tam było metaforycznie i o życiu, ja myślę o czekaniu na coś, co się może zdarzyć, ale wcale nie musi, może być, ale nie będzie. Dożywocie, które może się skończyć wyjściem na światło, albo pozostać wiecznym mrokiem.
Czekanie jest więzieniem a jeśli kara jest za winy prawdziwe, to nie ma wielkiej żałości. Jest świadomość słusznej pokuty i nadzieja na nowe życie.
czwartek, 3 października 2013
O zabijaniu czasu
Czas to delikatny byt a zabijamy go permanentnie. Bez przerwy. Bez myśli. Na przykład wyjazdy są często formą morderstwa. W drodze jest się pomiędzy, czasem zmieniają sie strefy czasowe, gubimy albo zyskujemy godziny, za darmo. Brak codziennych obowiązków, jeśli to wyjazd urlopowy, powoduje odejście od płynności przechodzenia od czynności do czynności na rzecz skoków - aktywność - pasywność. Jest inaczej. Bezforemnie.
Nie będę już jeździł ucieczkowo. Zastosuję zupełnie inny sposób na zabicie czasu i przeszłości,
i związane z nim wspomnienia. Mój ulubiony Casio, który jednak nie powinien już być.
i związane z nim wspomnienia. Mój ulubiony Casio, który jednak nie powinien już być.
Poszło szybko. Pochowałem go zaraz za budynkiem.
środa, 2 października 2013
Park i Beuchelt
Na chwilę wracam do naszej parkowej akcji. Dość to jednak skomplikowane wszystko i właściwie nie wiem, co myśleć. Chyba jednak inne kwestie przeważyły, te bardziej osobiste, bo ani ekscytacji przed, ani katarktycznej ulgi po. Nie pamiętam, od jak dawna :) coś takiego mi się zdarzyło. Bazowe zadowolenie, że wszystko poszło dobrze.
Naprawdę długo się zastanawiałem, jak uczcić tę rocznicę. Mówiąc szczerze, wielcy przemysłowcy nigdy nie byli moimi ulubionymi bohaterami. Dobra, darzę ich niechętnym podziwem pomieszanym z zazdrością dla umiejętności, których sam nie posiadam. Jednak Beuchelt jest dla mnie kimś szczególnym, co może nie wynika z tego tekstu, który napisałem. A który tu zacytuję in extenso: No dobra, z jedną zmianą, którą tu wprowadzam, bo wyglądała na błąd stylistyczny, a wynikła z oderwania tytułu od tekstu w procesie edycji.
Pomysłodawcą tego zdarzenia jest Marcin Liber, z urodzenia zielonogórzanin a obecnie jeden z ważniejszych reżyserów teatralnych swojego pokolenia. Opowiadałem mu o projekcie nadania nowego życia Parkowi Tysiąclecia, który prowadzimy z Fundacją Salony i Urzędem Miasta i naszej chęci uczczenia stulecia śmierci Georga Beuchelta. I pierwszym pomysłem Marcina były Ursulki z jego spektaklu Trash Story, śpiewające w jego grobowcu, jedynym ocalałym z całego wielkiego cmentarza. Fabryka w prowincjonalnym Gruenbergu wyprodukowała prawie 500 mostów nie tylko na Odrze, ale dla całych Niemiec, zbudowała też linię kolejową Bagdad-Damaszek i wiele innych konstrukcji stalowych w Europie, nie mówiąc o tysiącach wagonów. Beuchelt był też fundatorem kościoła, obecnie pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela. Nie wiemy, jakim był człowiekiem, znamy jedynie oficjalną biografię przemysłowca, radnego, polityka. Nie założył rodziny, był więc może typem biznesmena, bez reszty poświęconego swoim interesom i działalności społecznej. Właściwie to nawet jestem ciekaw, czy był dobrym człowiekiem, czy lubił czytać a może pracować w ogrodzie, jakich lubił poetów i czy często słuchał muzyki. Z perspektywy jego dokonań to może nie są sprawy ważne, ale przecież lubimy wiedzieć więcej o ludziach, którzy kształtują swoją epokę.
Mamy kłopot z niemiecką przeszłością naszego Miasta. Kochamy je, staramy się, żeby było lepsze do życia i pracy a przecież ci, którzy je budowali przed nami, też tego chcieli. Dziś już nie odmawiamy im tego, pamiętamy przynajmniej o niektórych z nich a jednocześnie cmentarz nie jest już cmentarzem i w dodatku nie ma już powrotu do tamtego stanu. Pozostaje pamięć i próba myślenia o przeszłości w kontekście tego, co o niej wiemy.
Te ściszone, delikatne piosenki są trochę elegią a trochę przestrogą. Przypominają i ostrzegają.
W grobowcu, nieraz profanowanym a ciągle stojącym, o którym większość przechodniów nie wie nawet, czyją pamięć czci, brzmią jak memento o szaleństwach dwudziestego wieku, masowych grobach, ludobójstwie, przesuwaniu granic, rozpaczy. Są jednocześnie, mimo swojej delikatności, hymnem o sile pamięci i kreatywności, jako motorze pozytywnej zmiany.
Chcę wierzyć, że to jednorazowe zdarzenie będzie początkiem pracy nad upamiętnieniem pracy i życia Georga Beuchelta w formie, na którą zasługuje. Że odnowimy jego grobowiec i nie będzie to tylko sprawa kilku aktywistów a wszystkich mieszkańców. Że uczynimy pamięć o jego działalności elementem naszej lokalności. Jesteśmy tu u siebie, tworzymy ciągle ewoluujące społeczeństwo, budujemy nowe wartości kulturowe. Robimy to w przestrzeni, którą musieliśmy oswoić a czasem zdecydowanie zmienić. Jesteśmy zdobywcami, ale też dziedzicami. W tej skomplikowanej sytuacji postać Georga Beuchelta może być, symbolicznie przede wszystkim, elementem konstrukcyjnym, łączącym przeszłość z teraźniejszością.
Parę osób pochwaliło ten tekst, a przecież ważna motywacja do jego napisania, została w nim pominięta. To strach dziecka, który pamiętam z czasów, kiedy przechodziłem obok, nie wiedząc, chyba tylko przeczuwając, że to grób. Nawet już, kiedy dorastałęm, coś bardzo niepokojącego było w tym miejscu. Żeby było jasne - nie wierzę w przeczucia, energie miejsca itp. Tu w grę wchodziła pewnie forma, jacyś kolesie przesiadujący nieopodal z flaszkami, ogólna aura niedopowiedzenia. Wszystko, co robię w związku z parkiem jest chyba wynikiem tego strachu i chęcią obłaskawienia przestrzeni. Może to nie jest dobra motywacja, zastanawiam się.
Ursulki ze spektaklu Marcina, pod dowództwem Hanki Klepackiej zaśpiewały bez nagłośnienia i bardzo się z tego ciesze. Było kameralnie, tajemniczo i tak jak powinno być. Nawet teksty ze spektaklu, te dotyczące trudnych spraw historii, wypadły tu przekonywająco adekwatnie.
Chyba wiem, skąd moje niekatarktyczne uspokojenie. Może tak po prostu miało być? Po raz pierwszy opowiedzieliśmy o Beuchelcie nie poprzez jego przemysłową działalność, tylko przez sam fakt istotnego istnienia. Jaki by nie był, należy mu się pamięć na spokojnie i bez napinki. Może dlatego szedłem sobie potem ulicą i wszystko było takie samo.
Naprawdę długo się zastanawiałem, jak uczcić tę rocznicę. Mówiąc szczerze, wielcy przemysłowcy nigdy nie byli moimi ulubionymi bohaterami. Dobra, darzę ich niechętnym podziwem pomieszanym z zazdrością dla umiejętności, których sam nie posiadam. Jednak Beuchelt jest dla mnie kimś szczególnym, co może nie wynika z tego tekstu, który napisałem. A który tu zacytuję in extenso: No dobra, z jedną zmianą, którą tu wprowadzam, bo wyglądała na błąd stylistyczny, a wynikła z oderwania tytułu od tekstu w procesie edycji.
Pomysłodawcą tego zdarzenia jest Marcin Liber, z urodzenia zielonogórzanin a obecnie jeden z ważniejszych reżyserów teatralnych swojego pokolenia. Opowiadałem mu o projekcie nadania nowego życia Parkowi Tysiąclecia, który prowadzimy z Fundacją Salony i Urzędem Miasta i naszej chęci uczczenia stulecia śmierci Georga Beuchelta. I pierwszym pomysłem Marcina były Ursulki z jego spektaklu Trash Story, śpiewające w jego grobowcu, jedynym ocalałym z całego wielkiego cmentarza. Fabryka w prowincjonalnym Gruenbergu wyprodukowała prawie 500 mostów nie tylko na Odrze, ale dla całych Niemiec, zbudowała też linię kolejową Bagdad-Damaszek i wiele innych konstrukcji stalowych w Europie, nie mówiąc o tysiącach wagonów. Beuchelt był też fundatorem kościoła, obecnie pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela. Nie wiemy, jakim był człowiekiem, znamy jedynie oficjalną biografię przemysłowca, radnego, polityka. Nie założył rodziny, był więc może typem biznesmena, bez reszty poświęconego swoim interesom i działalności społecznej. Właściwie to nawet jestem ciekaw, czy był dobrym człowiekiem, czy lubił czytać a może pracować w ogrodzie, jakich lubił poetów i czy często słuchał muzyki. Z perspektywy jego dokonań to może nie są sprawy ważne, ale przecież lubimy wiedzieć więcej o ludziach, którzy kształtują swoją epokę.
Mamy kłopot z niemiecką przeszłością naszego Miasta. Kochamy je, staramy się, żeby było lepsze do życia i pracy a przecież ci, którzy je budowali przed nami, też tego chcieli. Dziś już nie odmawiamy im tego, pamiętamy przynajmniej o niektórych z nich a jednocześnie cmentarz nie jest już cmentarzem i w dodatku nie ma już powrotu do tamtego stanu. Pozostaje pamięć i próba myślenia o przeszłości w kontekście tego, co o niej wiemy.
Te ściszone, delikatne piosenki są trochę elegią a trochę przestrogą. Przypominają i ostrzegają.
W grobowcu, nieraz profanowanym a ciągle stojącym, o którym większość przechodniów nie wie nawet, czyją pamięć czci, brzmią jak memento o szaleństwach dwudziestego wieku, masowych grobach, ludobójstwie, przesuwaniu granic, rozpaczy. Są jednocześnie, mimo swojej delikatności, hymnem o sile pamięci i kreatywności, jako motorze pozytywnej zmiany.
Chcę wierzyć, że to jednorazowe zdarzenie będzie początkiem pracy nad upamiętnieniem pracy i życia Georga Beuchelta w formie, na którą zasługuje. Że odnowimy jego grobowiec i nie będzie to tylko sprawa kilku aktywistów a wszystkich mieszkańców. Że uczynimy pamięć o jego działalności elementem naszej lokalności. Jesteśmy tu u siebie, tworzymy ciągle ewoluujące społeczeństwo, budujemy nowe wartości kulturowe. Robimy to w przestrzeni, którą musieliśmy oswoić a czasem zdecydowanie zmienić. Jesteśmy zdobywcami, ale też dziedzicami. W tej skomplikowanej sytuacji postać Georga Beuchelta może być, symbolicznie przede wszystkim, elementem konstrukcyjnym, łączącym przeszłość z teraźniejszością.
Parę osób pochwaliło ten tekst, a przecież ważna motywacja do jego napisania, została w nim pominięta. To strach dziecka, który pamiętam z czasów, kiedy przechodziłem obok, nie wiedząc, chyba tylko przeczuwając, że to grób. Nawet już, kiedy dorastałęm, coś bardzo niepokojącego było w tym miejscu. Żeby było jasne - nie wierzę w przeczucia, energie miejsca itp. Tu w grę wchodziła pewnie forma, jacyś kolesie przesiadujący nieopodal z flaszkami, ogólna aura niedopowiedzenia. Wszystko, co robię w związku z parkiem jest chyba wynikiem tego strachu i chęcią obłaskawienia przestrzeni. Może to nie jest dobra motywacja, zastanawiam się.
Ursulki ze spektaklu Marcina, pod dowództwem Hanki Klepackiej zaśpiewały bez nagłośnienia i bardzo się z tego ciesze. Było kameralnie, tajemniczo i tak jak powinno być. Nawet teksty ze spektaklu, te dotyczące trudnych spraw historii, wypadły tu przekonywająco adekwatnie.
Chyba wiem, skąd moje niekatarktyczne uspokojenie. Może tak po prostu miało być? Po raz pierwszy opowiedzieliśmy o Beuchelcie nie poprzez jego przemysłową działalność, tylko przez sam fakt istotnego istnienia. Jaki by nie był, należy mu się pamięć na spokojnie i bez napinki. Może dlatego szedłem sobie potem ulicą i wszystko było takie samo.
wtorek, 1 października 2013
Nocny portier raz jeszcze - KMH
Turystyka kulturalna zawsze wydawała
mi się czymś głupim. Trasy po miejscach przygód bohaterów
książek Stiega Larsona albo poszukiwania domu, w którym mieszkała
Sylvia Plath to najoględniej mówiąc czynności bezsensowne. Co
mianowicie chcemy tam zobaczyć? Zwłaszcza bez znajomości
prawdziwego kontekstu? Na chwilę poczuć się naszymi ulubionymi
postaciami? Wejść w ich skórę poprzez okoliczny pejzaż? Co
właściwie możemy tu zrozumieć? Lepiej odebrać przesłania i sens
utworów? No way, jak się to mówi. Jedyne jest usprawiedliwienie –
wspólnota odbioru i radość bycia razem gdziekolwiek – niech
będzie też w poszukiwaniu Fitzroy Road 23. Dlaczego nie umiemy
doceniać tego, co mamy? Bośmy głupi.
Dygresja – piszę to w pociągu
drogim, jak samolot, ale bez Internetu. No tak, w samolocie też go
nie ma, ale tam przynajmniej wiem, czemu. W dodatku pasażer obok
słucha jakiegoś walca Straussa. Chyba po pobycie w Wiedniu taka
skomplikowana reminiscencja. Dobra, nie jestem lepszy –
postanowiłem zobaczyć Karl - Marx – Hof. Nie będę opisywał, co
to za miejsce, bo zasadniczo TNDW (To Należy Do Wykształcenia). Ten
budynek, czy może raczej gmaszysko, czy raczej może po prostu
wielki dom dla ludzi pracy, był ważnym miejscem zdarzeń w Nocnym
Portierze Liliany Cavani. Był tam miejscem azylu, uwięzienia,
nie przez przypadek chyba główny bohater (choć raczej współgłówny
bohater z główną bohaterką jednak) mieszkał właśnie tam. Nie
podejmuję się tu zrozumieć tropu scenariuszowego, znaczeń może
być wiele, a może po prostu dobrze się filmował. Pamięta się go
z filmu, jest przytłaczający i ze zewnątrz i wewnątrz,
przynajmniej tak go pamiętam. Nie mogę go oglądnąć raz jeszcze,
choć wszystkim polecam.
Dom jest olbrzymi, cały właściwie
mieszkalny, bardzo nieliczne szyldy lekarzy czy prawników. Kilka na
kilkuset metrach. Sklepy z drugiej niż metro strony. I, co
niespodzianka, ogródki działkowe blisko. Mała przestrzeń, ale są.
Jak ja nie potrafię opisywać, jak to się wymyka słowom.
Pamiętałem tylko, że był bardzo konkretny powód bycia tam. Ale
się nie udało.Więcej zdjęć jeszcze będzie, bo mam nadzieję, że zostawiając aparat na łąwce, zabrałem z niego przedtem kartę. Chyba. Niedługo się okaże, a na razie z telefonu.
Na tę czapkę patrzę często.
Subskrybuj:
Posty (Atom)