poniedziałek, 30 września 2013

Do studentów moich przyszłych

Drodzy moi! Odsłaniam się oto przed Wami dość mocno, ale nie dajcie się zwieść. Nie wszystko tu jest prawdą. Blog jest gatunkiem literackim, pokrewnym dziennikowi i pamiętnikom naraz. Musicie pamiętać, że chęć autokreacji, luki w pamięci a także zwykły narcyzm powodują, żetworzenie przeważa nad odtwarzaniem stanu rzeczywistego.
Blog będzie służył również celom dydaktycznym. Znajdziecie tu ślady lektur, trochę nazwisk, zjawisk i cennych informacji. Raczej powinniście umieć potem wykazać się wiedzą, wynikającą z pilnego studiowania tych zapisków. Nie ma za to punktów ECTS, ale to pomaga :) w ich uzyskaniu.
Atak może przyjść z najmniej spodziewanej strony, pamiętajcie; podbijam sobie ilość wyświetleń w ten sposób, ale przynajmniej mówię to otwarcie i zapewniam, że nigdy mi to nie posłuży do komercjalizacji tego miejsca. Jako, że nie udzielam się na Fejsbuku, tamtędy nie próbujcie, to tędy wiedzie droga.

Na początek znajdźcie www.obieg.pl, www.magazynszum.pl i wybierzcie sobie co najmniej trzy teksty do przeczytania. A z www.dwutygodnik.com po jednym z każdej dziedziny. A w www.artmuseum.pl wejdźcie do działu Filmoteka i zobaczcie najlepsze istniejące źródło wiedzy o polskim filmie i wideo w sztukach wizualnych. I na początek oglądnijcie 5 różnych, na wyczucie do wyboru. A potem spróbujemy o nich porozmawiać.
P.S. Pytania o samopoczucie Zdzisia nie pomagają raczej w procesie współpracy dydaktycznej.

niedziela, 29 września 2013

TZN Xenna - raz jeszcze

No i jednak drugi raz dzisiaj, bo choć nie mam siły, to popróbuję na bieżąco, skoro pojawiły się bodźce.
Zdziś domaga się rzucania piłeczki i trochę mnie rozprasza. To jest mina - nie dam!



Przez przypadek nieco (zadzwonił Igor, czy przenocujemy muzyków) byłem na koncercie TZN Xenna, bardzo kiedyś dawno temu pankowego zespołu, który widziałem na żywo w 1982, w trakcie koncertu Open Rock w Krakowie, o którym tu już kiedyś pisałem. Xennę pamiętam z ostrego nawalania, chyba nawet Gazety mówią sobie przypominam i że perkusista miał nogę w gipsie i wchodził na scenę o kulach, co nadawało całości jakiejś ponurej aury.
http://www.youtube.com/watch?v=uVt3I2sAvy8
Niesamowite, że to jest na YT, zwróćcie uwagę na konferansjera :) To konkurs przecież był, zapomniałem.
Świetna jakość, jak na taśmie i pierwszy kawałek jakże aktualny.
Dziś stałem blisko sceny, widziałem Zygzaka z 4 metrów i właściwie, jak trochę przymknąłem oczy, to się nie różnił od tego dwudziestoletniego może chłopaka z wtedy. No dobra, jednak. Ma ciągle charyzmę, może w inny sposób, jak wtedy, sam nie wiem co myśleć. Czy pięćdziesięcioletni facet może na poważnie śpiewać te same teksty, co wtedy? Ze świat trzeba zmienić, że dzieci z brudnej ulicy, że politycy i księża, i wojskowi są źli i kłamią? To są rzeczy oczywiste, przerobione i nudne w swojej jednoznaczności. Jakoś jednak mi się podobało, może też dlatego, że grali równo, sprawnie, wszystko stroiło i nawet nieźle brzmiało. Koncert, po prostu. Nudzę, preferuję formę, stoję sobie w kącie postukując mogą z lekka do taktu. Co tam w ogóle robiłem, poza przywoływaniem demonów młodości? Jak wiadomo, nie pankowałem, to jest jedna z tych nielicznych rzeczy, których trochę żałuję. Tylko trochę, jak się żałuje rzeczy już nierealnych, nie-do-zrealizowania. Minęło 30 lat i ciągle pamiętam, jak wbity w ziemię patrzyłem na tych chłopaków, rówieśników właściwie i wierzyłem w ich wkurwienie, jak w nic na świecie.













Gorzej żałować czegoś, co się schrzaniło samemu i wszystko jest najgorzej. Uważajcie.

O wybaczenie

Wybaczcie proszę, ale trochę nie mam siły. Dla wesołości i sentymentu ten kawałek, jak pamiętacie, będący inspiracją dla pewnego filmu WA. Enjoy!
http://www.youtube.com/watch?v=0lCPmaq960E

sobota, 28 września 2013

Zdziś - nowe fakty

Dobrze, trochę tu jednak pokonfabulowałem. Zdziś pojawił się w moim życiu zupełnie inaczej, ale nie pytajcie mnie teraz o to.
Dziś tylko wiersz, na szczęście nie mój, który dedykuję wszystkim.

Erich Fried, "Es ist was es ist" / "Jest czym jest" 
tłum. Iwona Ziółkowska-Stadler

JEST GŁUPOTĄ
MÓWI ROZSĄDEK
JEST CZYM JEST
MÓWI MIŁOŚĆ
JEST NIESZCZĘŚCIEM
MÓWI WYRACHOWANIE
JEST TYLKO BÓLEM
MÓWI STRACH
JEST BEZ PRESPEKTYW
MÓWI PRZEKONANIE
JEST ŚMIESZNE
MÓWI DUMA
JEST LEKKOMYŚLNE
MÓWI OSTROŻNOŚĆ
JEST NIEMOŻLIWE
MÓWI DOŚWIADCZENIE
JEST CZYM JEST
MÓWI MIŁOŚĆ

czwartek, 26 września 2013

Skąd wziął się Zdziś w moim życiu czyli tajemnica pieska
















Pojawienie się Zdzisia w moim życiu jest owiane mgłą tajemnicy, niedopowiedzeń i zwykłego niedoinformowania. Nie chciałem mieć psa właściwie, od dawna już to raczej koty zdominowały moje otoczenie. Nie tylko domowe, ale też okoliczne, jak się to ładnie mówi. Dokarmiałem je, chowałem jak było trzeba (w sensie – do ziemi), na Wrocławskiej szczególnie, gdzie przez jakieś pięć lat miałem pracownię. Tam było ich dużo i była pani, które je karmiła, rodziły się
i umierały często, bo ulica była blisko a samochód to jest największy koci wróg w mieście. No i 2 domowe przez 16 lat - Azja i Tygrys.
Pies nie był brany pod uwagę. Któregoś jednak dnia pojawił się w okolicy galerii dziwny piesek, bez wyraźnych cech rasy. Nie dałem ogłoszenia o znalezieniu, bo jednak nie wydawało się, że ktokolwiek tęskniłby za nim. Wyglądało na to, że ktoś go po prostu podrzucił. Po bliższym przyjrzeniu widać było, że jest pół shih-tzu, ale była to zdecydowanie ta gorsza połówka. Nie wiadomo było, co zrobić. W dodatku przytroczony był za smycz do dużego fotela, co wyglądało trochę, jakby przywlókł go ze sobą. Dla małego pieska musiałby to być wysiłek gigantyczny.
Pierwsze, co rzucało się w oczy, to wielkie brązowe oczy i krzywy zgryz, lewy kieł wystający z paszczy czy może raczej paszczki na zewnątrz. Nadawał mu zawadiackiego, żeby nie powiedzieć, groźnego wyglądu. Sierść (shih-tzu powinien mieć włosy) w kolorze pieprz z solą też nie przedstawiała się najlepiej. Jedynie może biała kryza z przodu nadawała mu nieco dostojeństwa. Ale było to takie dostojeństwo, jak u krzesła od stolarza amatora, które próbuje naśladować ludwika np. XVI a tylko go parodiuje. Krzywe łapki i zakrzywiony w fajeczkę ogon, dopełniały niezbyt imponującej reszty. Trochę nie wiedziałem, co robić. Fotel, choć stary, był nawet ładny, mały piesek, choć na oko młody, nie był mi na nic właściwie. No ale, że zima była ciężka, wziąłem istotę z jej inwentarzem.
Tajemnicą pozostawało nadal, kto właściwie chciał pozbyć się tego, jak się okazało, miłego stworzenia. Piesek miał około roku, nikt go nigdy nie tresował, umiał tylko prosić łapkami oraz powiedzieć mama i pan. Lubił biegać za piłkami, kasztanami, patykami, no ale to właściwość wszystkich psów. Potem przestałem się zastanawiać nad jego pochodzeniem, po prostu się polubiliśmy i polubili go wszyscy w galerii. Stał się trochę moim a trochę galeryjnym.
A imię? Możecie zapytać. Jedyną informacją, jaką miałem, było znalezisko z tego zagłębienia każdego fotela, gdzie wpadają rzeczy z kieszeni siedzącego. Znacie to. Z ciekawości, parę dni po znalezieniu pieska, poszukałem w tym miejscu, pomiędzy siedzeniem a oparciem. Oprócz kurzu i paprochów była tam jeszcze mała karteczka z napisanym na maszynie (!) krótkim tekstem – Jestem Zdziś. Zabierz mnie. Do dziś nie wiem, czy ta informacja (?) dotyczyła fotela, czy psa, ale uznałem, że nadawanie imion fotelom to jednak rzadko spotykana aktywność. Postanowiłem przyznać je pieskowi, co stało się źródłem wielu drobnych nieporozumień, komplikacji i wesołych zdarzeń. Zachowałem je, choć mogłem nie znaleźć tej, małej przecież, karteczki. Być może poprzedni właściciel nie mógł już z nim mieszkać, może miał alergię na jego, co tu dużo mówić, inwazyjną sierść a może musiał wyjechać gdzieś daleko, gdzie nie można zabierać piesków. Tego już się chyba nigdy nie dowiemy. Nie wiadomo w dodatku, czy naprawdę było to imię pieska, czy karteczka była po prostu próbą maszyny. Z drugiej strony, kto dziś pisze na maszynie!? To mógłby być jakiś trop, ale żaden tam ze mnie Marlowe.
Zdziś jest super dzielny, nigdy nie skarżył się na samotność, czy odrzucenie przez dotychczasowego właściciela. Jednak, choć minęły już od tego czasu ponad 4 lata, co jakiś czas nie chce biegać z piłeczką ani mówić mama czy pan. Leży tylko i patrzy. A może po prostu coś zjada i źle się z tym czuje a ja antropomorfizuję go bez sensu. Pewnie tak.
Mniej więcej tak wyglądał gdy go spotkałem.





środa, 25 września 2013

Chwilę z Wiednia, o obrazach i nocnym portierze

Waga Wiednia w naszym obszarze geograficznym jest oczywista i powalająca. I nie do uniesienia, w sensie historycznym przede wszystkim
Ale to wszystko wiecie. Ja tu tylko małe opowieści snuję, więc to będzie niewielkie. Na początek drobne nawiązanie do poprzedniego posta i takie klasyczne zwizualizowanie - jest cudownie i miło. Znalezione w Wiedniu na jakimś słupie, chyba reklama, czegoś, nieważne.
















W Wiedniu chciałem dwie rzeczy. Jedną już widziałem, drugą tylko na filmie. O drugiej następnym razem a teraz będzie o Kunsthistorisches Museum, gdzie dużo ciekawych obrazów i sala z Breughlem, moja ulubiona, gdzie mógłbym siedzieć długo.
To wielkie, piękne, staroświeckie muzeum. Postarałem się specjalnie dla Was poszukać rzeczy, których nigdy nie wiedziałem, albo nie pamiętam. Wolf Haber, zaiste duża wyobraźnia i świadomość rynku. W jego Ukrzyżowaniu fundator pod krzyżem jest wielkości Chrystusa. I wąż na krzyżu w kształcie te, powieszony obok. Nie sfotografowałem, ale rzadki motyw i może gdzieś znajdę (pobieżne poszukiwanie w Sieci zawiodło). A tu Leonhardt Beck i kolejny Św. Jerzy. Jak widzicie, biedna jaszczureczka cierpi i jeszcze mały krokodyl obok, już zamordowany.Na to wszystko opodal czeka księżniczka z barankiem (Barankiem raczej) na lince, chciałbym napisać mopsoidalnym (uwielbiam to słowo), ale nie jest. Obraz jest do oglądania bardzo, szczegółowy i zabawny i taką pewnie pełnił wtedy rolę, pięknego przedmiotu dla bogacza. Nic w tym złego, to do dziś tak działa.




























Dziś jeszcze tylko mój ulubiony fragment z Rzezi Niewiniątek, morderca kopiący w drzwi - ramę obrazu jakby chcąc wyjść poza obszar odtwarzanych zdarzeń, na zewnątrz, do życia. To zresztą bardzo aktualny, straszny i niestety zrozumiały dobrze obraz. Nie wymądrzam się, sam tego nie lubię.


 Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi. Urlopowy nastrój nie sprzyja skupieniu. Na razie tylko, w ramach bonusu zapowiedź nudnego story o wizycie w okolicach Karl-Marx-Hof, który to budynek jest jednym z ważnych bohaterów Nocnego portiera Liliany Cavani. Filmu znaczącego, jak wiecie.