poniedziałek, 5 października 2015

Sam już nie wiem...

Są kryzysowe momenty, kiedy nie wiesz za bardzo, co robić i tylko na szczęście Twoje otoczenie, najczęściej w tym samym momencie podaje pomocną dłoń. O ile sobie zasłużyłeś. A jeszcze częściej  i bez tego. Po prostu. Niezwykle istotną właściwością dobrego życia społecznego jest  pomaganie bez względu na poziom osiąganych korzyści. Nawet bez nich. Nie wdając się w szczegóły cieszę się, że tak jest, choć ciągle wydaje mi się to tak niezwykłe.
Wydałem 99 groszy i przeczytałem wywiad ze Szczepanem Twardochem. Jakoś nawet rozumiem tę postawę - olać wszystko, co niefajne, bo można. No właśnie - nie uczestniczyć w życiu społecznym, bo się nie opłaca. To nie drwina, ja jakoś nawet (przyznam się ze wstydem) zazdroszczę, że sobie może. Ta moja aspołeczna część zazdrości, ale też ta prospołeczna bywa zmęczona sporem politycznym, który zrobił z nami wszystkimi coś jednak złego. Pokłóciłem się ostatnio z kimś, kogo zawsze bardzo lubiłem, ceniłem i poważałem, uważając za fachowca i przy tym ciekawą osobowość. No i nie dało się rozmawiać i okazało się, że powodem głównym było moje unikanie sporu na rzecz prostej kwestii, jaką jest współczucie i szacunek wobec inności. Nie, żebym był taki fajny, potrafię zaciskać zęby i wściekać się zupełnie nieempatycznie, no ale jaką można mieć empatię wobec nienawiści. Właśnie, nienawiść do nienawidzącego...Sam nie wiem, czy to jednak ma sens, czy nie trzeba się nauczyć spokoju. Nie uniku a spokoju. Długa droga jest przede mną.
Umarł Henning Mankell, mój pierwszy skandynawski pisarz kryminałów, z którego bohaterami się zżyłem, bo jego uniwersum jakoś polubiłem od razu. Chciałbym coś powiedziec, ale takie banały przychodzą mi do głowy, że na pewno przywaliłby mi za nie zza grobu, on, mistrz zwięzłości. I stary Wallander, autor jednego obrazu by się dołożył.
Potwornie mi smutno, nie tyle z powodu Mankella, choć trochę też, bo musi być smutno, ale w końcu świat się nie kończy na szczęście, tylko nieco inaczej zaczyna.
Czarek Zych w Piekarni Cichej Kobiety  jako Mistrz. Tak, jest mistrzem i trudno mi z tego nawet dworować. Potrafi opowiadać o muzyce w sposób tak ciekawy, że to są gotowe całości do drukowania, pokazywania, cytowania. No i miło o mnie mówił. Ale nie dlatego to napisałem.
Reminiscencja z Wenecji jeszcze - Garullo&Ottocento, w pawilonie Gwatemali, gdzie sami włoscy artyści, praca "Słońce Italii". Łatwo poznać, ktjo to.To był bardzo zabawny pawilon btw.

Jak się biega za piłeczką to takie efekty

















Czarek w trakcie rozmowy z Konradem.


piątek, 2 października 2015

Jest jak jest

Bywają takie momenty, bywa taki czas, że wszystko się wali i wszystko jest źle. Choć tak właściwie nie wiadomo, czy aby na pewno to tak źle, może po prostu niektóre próby trzeba przejść, słabe momenty przetrzymać, bo przynoszą zrozumienie, testują przyjaźnie, pokazują słabości. Sam nie wiem, zawsze starałem się raczej unikać problemów, niż się z nimi mierzyć, choć z perspektywy widzę, że to błąd, bez wątpliwości. Prędzej czy później to nastąpi, wiadomo. A z drugiej strony może czasem coś lepiej wiedzieć później, może łudzić się, że to nie to najgorsze, może dać sobie czas na przeżycie świata bez świadomości pewnych nieuchronności. Żeby było jasne, nie wchodząc w szczegóły, nie pieprzę tu sobie ot tak bez sensu a jak najbardziej mówię na podstawie przeżyć własnych. I choć mówię to na spokojnie, to dlatego jedynie, że nie mogę się rozpadać, że litowanie się nad sobą i nurzanie w rozpaczy nic dobrego nie przynosi.Jak mawiają taksówkarze, takie jest życie, może też być - jest jak jest.
Jutro wystawa, na którą dawno czekałem, umawiałem się z Katarzyną od roku, ze ją tu zrobimy, no i wyszło i jest świetna i bardzo Was zapraszam o 19. Jest, co już dziś drugi raz powtarzam, niezwykłym darem mojej pracy, że ucieleśniają się w niej zamierzenia, marzenia, wyobrażenia, to co, że dzięki innym, czy może PRZEZ innych, artystów, ale jednak. To oni są najważniejsi, a jednak ten moment realizacji podjętej kiedyś tam wspólnej decyzji jest dla mnie ciągle, od 30 lat, magiczny i niezwykły. I czuję tą nieopisywalną radość, że w końcu jest, wygląda czasem inaczej, niż miało wyglądać, nieraz jest czymś innym, ale ten najważniejszy moment, zmaterializowania konceptu, który kiedyś był jedynie umową, jest zawsze czymś fizycznie przyjemnym. Trochę zagmatwane i niestylistyczne to zdanie, ale tak  właśnie, nieopisywalnie i pokracznie jest lepiej.
Wybaczcie, że sadzę tu te wszystkie banały, ale życie jest banalne w swoich kształtach, tak powtarzalnych i tak przewidywalnych, choć ciągle się nam wydaje, że będzie inaczej.
Próbowałem dziś zasnąć bardzo wcześnie, łudząc się, że wreszcie się wyśpię. I nic z tego i znów lekka bezsenność, no ale też Zdziś musiał wyjść i trochę się przewietrzyliśmy.
Moja bardzo ulubiona piosenka z dawnych czasów, jakże aktualna do dziś  Byłbym zachwycony, gdybyście posłuchali, Krystyna Sienkiewicz i Wojciech Pokora w apogeum swoich możliwości, program Gallux Show Olgi Lipińskiej.
A tu trochę wspomnień od Eli i Wojtka i jedno zawodowe.

 Ciekawe czy zgadniecie, gdzie to zaplecze? I wózek mają taki, jak my....
                  
W Kozielcu z piłeczką


tamże na tarasie

A tu dwie

środa, 30 września 2015

Przez Cigacice

Śmiałem się kiedyś z tych wszystkich blogerów, co to miesiącami nie piszą nic nowego no i mam za swoje. Nie obiecam Wam już nigdy, że będę pisał regularnie, codziennie, albo co dwa dni. Żadnych zobowiązań. Zawsze są one niespełnione, zawsze na wiatr, więc nie.
Bardzo się dużo od ostatniego razu zdarzyło, nawet nie próbuję na razie tego systematyzować. Nie chce też, żeby się ten blog zamienił w miejsce jakiejś publicystyki, odniesień aktualnych, choć kusi mnie, żeby się poużalać. Jedno jest pewne, brunatna hydra podnosi łby, macha nimi i uśmiecha się miło, głowami nawet znajomych niekiedy, którym się wydaje, że są mądrzy, odpowiedzialni i przeciw tylko złym rzeczom. Są zaś łbami potwora, który jak na razie świetnie prosperuje a ja zupełnie nie wiem, co robić.
Ale już nic o tym, jakoś sobie poradzimy. ha ha, sam w to nie wierzę.
Kilka lat temu, na początku tego bloga zarzekałem się, ze nigdy przez Cigacice, nawet jakiś wiersz ponury pod tym tytułem napisałem, jak się Wam chce, można znaleźć, nic stąd nie wyrzucam. Dziś pojechałem jednak, w jedną stronę tędy, po Zdzisławka. I nic. Żadnych wstrząsów, żadnych smutków, czas upłynął, jakby nie było. Nie ma wspomnień, jakieś tylko niejasne strzępki, trochę zabawnych oderwanych od siebie obrazów, nic. Co tylko dowodzi nicości tego, nieistotności, pozorności, samych tylko ości jedynie. Już wszystko na spokojnie, już żadnych emocji nawet przy przeglądaniu zdjęć gdzieś tam pozostałych przez przypadek, jakichś zgubionych małych przedmiocików, starych biletów, rachunków, notatek. Nic. Czas płynie i zabija rany, jak napisał wielki a niedoceniony i zapomniany już poeta, po którym emocje też już zanikły i tylko jacyś literaturoznawcy czasem coś napiszą. Wspaniała to jest właściwość mózgu i doceniać ją należy. Zdziś po długim niewidzeniu trochę nieswój, ale grzecznie zjadł, biegał za piłką do upadu i taki sam jak zawsze. Trochę tęskniłem, ale trochę nadal to jest zabawne - że mam psa. Nadal nie pojmuję, ale bardzo się z tego śmieję. Teraz śpi.
Kilka dni w Wenecji, idiotyczny dość pomysł na wakacje, po raz kolejny pouczający i dowodzący wielkich problemów, jakie mam z emocjami. Niezwykłe, że mogłem coś takiego wymyślić, przeprowadzić i zrealizować. Sam czasem nie mogę uwierzyć we własny poziom pomieszania, który niestety niekiedy przybiera formy absurdalne piramidalnie. A jednak może to ważne przekonać się na własnej skórze, że się jest głupim jednak, przynajmniej w emocjach. I że przeczucia nie mylą, a z nadzieją trzeba być bardzo ostrożnym. Że nie należy też wierzyć w możliwość przemiany, to już szczyt nierozumu. I że może być gorzej, niż samotnie. Z drugiej strony zobaczyłem nieco interesujących wystaw, z których ta o proporcjach w Palazzo Fortuny, jak to w tym miejscu, zachwyciła swoim atmosferycznym kiczem nieledwie, który tam przybiera formy monumentalne. Zamysł wuderkamery po raz kolejny się sprawdza. No i pawilon Litwy, o którym chyba nikt nie wspomniał w naszych recenzjach a który jest kolejnym (po pawilonach estońskim i łotewskim) fantastycznym przykładem wykorzystania historii, także  wizualnej, krajów poradzieckich. Chodziłem tam znając formy, jednocześnie pod wrażeniem sposobu ich użycia. Dainius Liskevicus, warto zapamiętać i sprawdzić, do czego szansę tu daję.
A tam 30 milionów ludzi w tym roku, w tym biednym teatrzyku, który nawet już nie udaje miasta. Przyznać jej miano Najwyższej Scenografii i przestać udawać, że chodzi o coś innego. Uwielbiam ją a jednocześnie wiem, że żywym jest, ale trupem, przecudownie uszminkowanym, z kosmicznym makijażem, całkiem nieżywym. A na Torcello chcę zamieszkać i patrzeć na wróble, koty, drzewo granatu i leniwe trawy. OK, przesadzam z sentymentami, ale w stosunku do T. tak mam i nic się nie da zrobić. To może najważniejsze, byłem tam.
O Odessie też napisze jeszcze i o paru innych sprawach, co minęły ale teraz sprzątać, sprzątać.
Martwię się o nią bardzo.


To z Misią, '87 początek maja
Tu musicie zgadną, kto to, nagrody


W Ustce

Kotka z Burano

praca Babaka Kazemi, "8-letnie perskie pikle"

jak widać, Marek R. znalazł naśladowców


Zawsze chciałem opublikować ten niezwykły tekst Pana Zająca



czwartek, 10 września 2015

10.09

Zapamiętam tę datę na zawsze chyba a na pewno długo jeszcze będę pamiętał.  I nie mogło pewnie być inaczej.  Nie dałoby się po prostu.  Wszystko sobie przypominam,  same prawie zle to rzeczy były,  nie ma za czym tęsknić i dla wszystkich dobrze.  Może Zdziś jedyny tu ucierpiał,  ale to tylko piesek mały.  Monika powiedziała dziś,  żem trochę stuknięty na jego punkcie i może to prawda.
Trzy lata temu o tej samej porze byłem tu i może nawet źle nie było,  drętwo może nieco, momenty ciszy,  choć też zabawnie, ucieczka z altany na działce i zlotozęba babuszka zachwalająca ją jako raj na ziemi, bo z Petersburga przyjeżdżają do niej od dawna. Moja fascynacja klimatem jak ze starego radzieckiego filmu i juz wiedziałem,  że jednak uciekać.  Ale potem arbuzy, spadanie z materaca i parasol, pusata chata i najglupsza knajpa meksykańska ever na Małej Arnautskiej.  Może nie źle,  może nazbyt zwyczajnie, ale pamięć płata figle,  zapamiętuje jakiś ciemny przystanek niewiadomogdzie jako miejsce poczucia pewności,  bezgranicznego szczęścia i że wiecznie juz tak będzie,  najlepiej,  po drugiej stronie bar suszi, jakis nowy dom obok i szyny tramwajowe.  Pamiętam jakbym patrzył na zdjęcie. Co oczywiście teraz nie ma już najmniejszego znaczenia. Jest tak jak jest a przeszłości przecież tak naprawdę nigdy nie było.

sobota, 29 sierpnia 2015

Trudno i darmo

Nie chciałem pisać niczego istotnego bo i niczego istotnego nie mam do mówienia. Chciałem sprawdzić po prostu, czy jeszcze umiem składać literę do litery, bo wątpię trochę, czy mi się to jeszcze udaje. Są takie okresy w życiu, że ma się wrażenie przebywania z głębokim naczyniu z kisielem, oblepiającym ciało i mózg. Można z tym żyć, aczkolwiek nie jest to zbyt łatwe. Powolne przebiegi myśli, powolne ruchy, ze świadomością, że nic nie pomaga być szybszym...Rozmawiam ze Zdzisiem, ciągle tymi samymi słowami, ciągle tym samym tonem, tu akurat czas się zatrzymał stoi i ani myśli ruszyć. Staram się to zmienić, ale jego specyficzna rola, bezustanne przypominanie, nie za bardzo to umożliwiają. Codziennie rano śmieję się sam do siebie, że go mam i tak to jest śmieszne, przypadkowe i zadziwiające, że muszę się roześmiać. On jest, co prawda, śmieszny sam w sobie, rozczulający, zabawny i empatyczny. czasem myślę, że to bardziej on się mną opiekuje niż ja nim. Jest jak jest, oczywiście to takie narzekania lajtowe jednak, nie jest źle, jest.
Bardzo ciekawa wystawa w MSN, Annett Busch i Anselm Franke opowiadają o wyzwalaniu się afrykańskich kolonii, jest mnóstwo tekstu i faktów, których albo nie chce się przyjąć do wiadomości, albo wydają się nieprawdziwe. Dochodzi do tego mieszanka przekazu propagandowego z artystycznym i historycznym, dająca całość, która można na różne sposoby smakować, oglądać albo badać. 
Nieco inna sytuacja to "Papież awangardy" w Narodowym. Tadeusz Peiper dzięki Piotrowi Rypsonowi pojawia się w nowy sposób w polskiej sztuce. Oprócz zawsze ciekawej sprawy indywidualnych komplikacji losu artysty, jest tu jeszcze niezmiernie ważny watek przenikania różnych dziedzin sztuki. Bardzo mi brakuje takich wystaw. I wielkie gratulacje za krótkie, treściwe i przyswajalne walltexty. 
Urodziny, których nie zaznacza FB, zamieniają się w prawdziwe urodziny jak dawniej, kiedy pamiętają o nich tylko naprawdę najbliżsi.
O innych wydarzeniach potem a na razie kilka zdjęć.


Ela, Wojtek i Staś w drodze nad Wisłę

To jednak Zdziś, radzę powiększyć to zdjęcie

Dolina Złotego Potoku, nieznane miejsca
Zielonej Góry

Na przyjęciu u Oli i Kawy, jak miło, ze pamiętali

Surrealistyczne to jednak zestawienie...


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Bóle

Użądliła mnie osa. Kiedy dzielę sie z Wami tą wiadomością, przypomina mi się stary bardzo acz wielki komiks Andrzeja Mleczki - bohater wspomina różne wydarzenia - 'ktoś ukradł mi długopis", "gołąb nasrał mi na ortalion", "opiłem się jak cholera". Puenta była taka - "Tonąłem, jak zawsze w takich przypadkach przypominały mi się najważniejsze wydarzenia mojego życia". Tak, jak opowiadam Wam teraz o osie, sam z siebie się śmieję. Ale bolało jak cholera, na szczęście tylko w palec, ale kłuło, szarpało, po wierzchu i w środku. Zawsze w takich wypadkach jasno się okazuje, jak jesteśmy fizyczni, jak ból potrafi zlikwidować wszystkie myśli na rzecz tej jednej, żeby go nie było. Dziś dzień banała.
Tam i z powrotem do Wrocławia, do brata, na nieco przyśpieszone 50 urodziny. Może tego nie widać, ale jesteśmy podobni,  z wiekiem nawet coraz bardziej. Było miło, w sadzie, z Agatą i ich przyjaciółmi paroma, w jakimś sensie kilkugodzinny spokój i relaks pełny. Zdziś został i chyba jest trochę zły na mnie za to. Trudno.
Pamiętam, jak rodzice przywieźli go samochodem, jechałem z nimi albo mi się tylko tak wydaje, w końcu miałem 4 lata wtedy. Tak bardzo się zmienił przez te lata, jest świetnym facetem i trochę mi szkoda, że widujemy się tak rzadko.
Wideo jest z tekstem, który wiele lat temu zaczerpnęliśmy ze "Szpilek", z bogatej składnicy myśli Jerzego Dobrowolskiego/



niedziela, 9 sierpnia 2015

Jeszcze o Witku i kilka innych kwestii

Burza za oknem, Zdziś się boi, no ale ta porcja strachu, którą przeżywa w takich momentach, powinna być może stanowić pewną przeciwwagę dla generalnie beztroskiego i miłego pieskowego żywota.  no wiem, że piesek nie reflektuje, tak sobie tylko w swojej bezradności racjonalizuję.
 Myślę o Witku dużo, jakoś to odejście nie dociera do mnie zupełnie, pewnie też dlatego, że w ostatnim czasie widywaliśmy się tak rzadko. Zawsze był dla mnie punktem odniesienia przede wszystkim w uczeniu. Pamiętam pierwszy dłuższy kontakt z Nim, kiedy w roku '90 zaprosiłem do BWA całą pracownię Witka i Wojtka Zamiary z grupą studentów. Robiliśmy co roku takie wystawy-plenery najlepszych akademickich pracowni, ta być może była najintensywniejsza ze wszystkich.  Został zresztą po tym zdarzeniu katalog, czarnobiały, niewyraźnie jak to wtedy wydrukowany, nawet nie wiem, czy ze 3 egzemplarze mamy jeszcze w galerii. Ale musze poprosić Lech o zdjęcia, bo ani jednego nie mam. Wtedy obeserwowałem ten dziwny (zaumny) rodzaj porozumienia pomiędzy studentami a prowadzącymi, pamiętam, jak strasznie im tego zazdrościłem, nie wiedząc, że już za jakiś czas będę musiał próbować sam...Bardzo im dużo zawdzięczam, choć w tym wypadku istotna była też ich praca zespołowa, nie do powtórzenia. 
Witek umiał słuchać mówiąc .To zupełnie niezwykła umiejętność, bo większość znanych mi Dużomówiących nie słucha. On potrafił jednocześnie rozumieć i opowiadać ważną historię, w jakimś dziwnym złączeniu rozbieżnych czynności. Trudno jest opowiadac o kimś takim w czasie przeszłym, mam go w oczach, słyszę go, pamiętam jasną dobroć utwierdzoną twardością silnego mężczyzny, jakim był. W takich momentach czuję zupełną, totalną nieadekwatność werbalizacji w relacji do myśli. I teraz już więcej nie potrafię.
Obejrzałem wystawę najlepszych dyplomów akademii naszych polskich w Zbrojowni gdańskiej i ze smutkiem ujrzałem, jak w nauczaniu sztuki preferowany jest konformizm. Żeby było jasne - to nie wina studentów, nie chcę zresztą ich tu oceniać wyróżniać, albo pogrążać. Sam układ wystawy jest manifestacją obawy przed spodziewanymi problemami- "bezpieczne" prace na dole, bo tam największa publiczność, najczęściej przez przypadek z Jarmarku, te ciekawsze w Auli, gdzie już mniej zwiedzających, te "kontrowersyjne" w zesłaniu na Piwnej. W większości przypadków to nie są złe rzeczy, przeważają poprawne, średnie, ale też jest kilka naprawdę interesujących. Rację ma Kamil Kuskowski, że formuła tej wystawy powinna ulec zmianie i rekomendacje rektorów i profesorów, przy całym moim uniżonym szacunku, sensu nie mają. Tu sobie mogę nie być krytykiem, więc nie będzie ocen i nazwisk, pewne jest, że zmiana formuły odświeżyłaby to, niestety, typowo szkolne wydarzenie. I nie ma na moją ocenę wpływu fakt, że po raz kolejny nie mogłem wejść na wystawę ze Zdzisiem. 
Teatr Szekspirowski przekonał mnie dopiero za drugim razem, pomogła mi trochę Aneta Szyłak, długa rozmowa i przepyszna kolacja po zupełnie przypadkowym spotkaniu. Należy stanąć z boku teatru od strony ABW i wtedy okaże się, jak dobry jest to budynek, jak idealnie wbrew pozorom wpisuje się w przestrzeń kulturową. A że klamka w drzwiach wejściowych na taras urwana, no to detal nieważny acz zabawny. 
Kiedy wybierałem miejsce do spania, zupełnie przypadkowo okazał się nim DS Akademii Muzycznej, przez płot sąsiadujący z Wydziałem Rzeźby ASP, gdzie pracownię miał Witek. Jakby chciał mi jeszcze powiedzieć - zobacz, jakie fajne miejsce, bo przecież zaraz obok Bastion św. Gertrudy, absolutnie nieprawdopodobne miejsce w środku miasta. Nigdy tam nie byłem i dzięki Witku, że mnie tam zaprowadziłeś. I Zdziś się wykąpał solidnie. 
W najnowszym "Dialogu" nowy dramat Bogny Burskiej, jeszcze nie czytałem, za to po raz kolejny jestem szczęśliwy, kiedy artystki/artyści wchodzą do teatru. Zwłaszcza tak dobrzy, jak Bogna. Za to na szybko przyswoiłem sobie impresje Michała Korchowca z Biennale w Wenecji. To kuriozalny tekst, który zaczyna się od autoprezentacji w postaci opowieści o odmowie bycia fotografowanym. Przepraszam za chamstwo, ale poziom wydizajnowania autora na biennalowym preview był najwyższy z wysokich, więc nie dziwota. Zabawny opis niezgody na komercję wywołał by jedyną możliwą rekację Sarah Lucas - Fuck off! To jednak niezwykły poziom hucpy, kiedy artysta ocenia innych artystów, nie zadając sobie nawet trudu, by napisac, jacy to z nazwiska prezentowali prace w opisywanych pawilonach. Ciekawym reakcji na taki fragment tekstu recencji Witolda Mrozka: "To" pada w dialogach, "to" tkwi w scenografii  zdominowanej przez wieżę strażniczą i karuzelę. Oczywiście w recenzji nazwisko scenografa pada.
To może i nie autor winny a redakcja, która zawierzyła w kompetencję. Jak to czasem bywa, nieslusznie.
Dużo mi się tu żółci ulewa, ale czasem inaczej nie można. W kinie "Newa" na dwóch filmach, kto zna to kino, ten wie. Na pierwszym seansie we trójkę, na drugim, 4. Tak to już pewnie będzie i tak jest wszędzie ale coś trzeba zrobić, żeby te małe kina ocalały. Ja nawet nie narzekam na poziom uczestnictwa w kulturze, to głupie. To się zmieniło, ja wiem, inny model, sratatata. OK, przyjmuję, ale skrycie wierzę, że czasami warto pamiętać o tym starym. No nie wiem, mało mam argumentów, poza radością z możliwością obcowania z czymś ważnym. Pierwszy film mógłby nie być, "Reality" Quentina Dupieux (tego od Morderczej opony). Z drugiej strony, całej masy filmów, książek i takich jak ten blogów mogłoby nie być. Ten film poza wszystkim jest "So L.A.)
Za oknem prawdziwe życie kulturalne, ryki "Pedały" i "Falubaz" jakoś dziwnie razem.
Ale "Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu" Roya Anderssona to, no własnie, jak to opisać? Byłm oczarowany, potem lekutko znudzony a potem znów wciśnięty w fotel. Jak w życiu. Niepokojące pomieszanie czasowe i ideowe tego filmu dosmuciło mnie zupełnie i kompletnie. Estragon i Vladimir handlują tu kłami wampira, śmiejącą poduszką i maską Wujka Ząbka. Tak.
Kilka zdjęć, głównie Zdziś, bo dawno go nie było.




Spotkanie z rezydentką DS Cztery Pory Roku

W Dolnej Bramie na spacer

Kontemplujemy Baston św. Gertrudy

Pływam z nową koleżanką

Do brzegu ze zdobyczą

Wydział Rzeźby, cmentarzysko rzeżb zaliczonych

Jeszcze raz na górze Bastionu

Wbrew upałowi wyławiam nie wskakuję