poniedziałek, 25 września 2017

Nie umieć w ny.

Miało być więcej a wychodzi jak zawsze, staram się, ale sami widzicie. To nieprawda, że Nowy Jork jest nieopisywalny. To tylko kwestia umiejętności, samozaparcia, chęci a u mnie wszystkiego ciut przymało. Dla mnie więc jest taki. Kiedy teraz próbuję, raczej przychodzą mi na myśl zapachy, które bardzo trudno opisać a ja już znam kilka co najmniej ich tu rodzajów, niezbyt miłych może, ale jakże specjalnych. Kurz, asfalt, nagrzany beton, ryba, owoce, słodko i gorzko. Raczej mocno. Jeszcze też nie znam wszystkich za bardzo. Ostatnie dni to miły czas z Klemens i Krzysiem a także z Eweliną i Andrzejem. Dziękuję Wam za miłe wieczory. Byłem dziś przez chwilę na Brooklinie, już wieczorem
i wpadłem do bardzo miłek księgarni, gdzie dużo książek o sztuce i pan, który pisał na maszynie do pisania. Musiałem pojechać do NY, żeby usłyszeć ten dźwięk, który ciagle tak dobrze pamiętam. A na Art Book Fair w PS 1 masa różnych wydawnictw, od zinow, które jakby spadły z lat 80. s zupełnie nowe do rozczulajacych zabytków w postaci egzemplarzy LEF-u albo japońskiego wydania
"O duchowości w sztuce" Kandinskiego z 1924 roku. Właściwie cały czas coś bym chciał opisać lub opowiedzieć, ale w komórce to jakoś mi nie idzie za łatwo. Dużo jeżdżę metrem, nie licząc turystów, NY w metrze raczej śpi, dosypia, odpoczywa i prawie wszyscy w telefonach, łącznie ze mną, ale ja najczęściej sprawdzam, czy dobrze jadę. No i czytam teraz (dzięki Legimi, chwała wam, internetowe wypożyczalnie) adekwatną lekturę - Margo Jefferson "Negroland" o narodzinach czarnej klasy średniej. Pasjonująca i pouczająca lektura szczególnie gdy widzę, że przytłaczająca większość klasy ciężko pracującej jest czarnoskóra.
I jeszcze chwila wyjaśnień do poprzedniego wpisu. Przepraszam wszystkich moich bliskich i dalekich, którzy poczuli się urażeni moim sentymentalnym użalaniem się nad sobą. To nie o Was chodzi, kochani, to we mnie jest czy może było to dziecko, które wielce się dziwi, że świat go nie podziwia, nie nagradza i nie hołubi za sam fakt istnienia. Że niekoniecznie wszyscy muszą go uwielbiać, bo on przecież dobrze wie, jaki jest mądry i fajny. To nie o Was było, drodzy, to o mnie tylko.
Nowy Jork nie śpi, ja zasypiam. Zdjęcia niestety na fb bo tu mi za trudno.

piątek, 22 września 2017

Autumn in New York

Kilka dni w NY trudne do opisania. I zdjęcia tu trudno umieścić, wiec też do pokazania. Więc było klasycznie-MOMA, Guggenheim, MET. We wszystkich spotkania z doskonale znanymi
Znajomymi, trochę wzruszeń (bo jednak przypominają się dziecięce fascynacje Miro, Celnikiem R.
Van G.) ale i olśnienia, bo jednak Matisse to był malarz skończenie genialny. Okropna wystawa
o francuskim symbolistach spod znaku róży i krzyża po raz kolejny przekonała mnie o nędzy
tego obszaru w sztuce, nędzy smutnej i niedozniesienia. Ale np. F.L. Wright to wielki architekt był a projekty "typowego amerykańskiego domu" działają do dziś i powinny zawstydzać naszych mistrzów rajzbretu. Sporo tez rzeczy nieturystycznych-kawałek Quinns z mnóstwem chińskich sklepów, salonów masażu, barków itp. Przed MET przed deszczem obserwowałem pracę ochroniarza, który bez przerwy ustawiał ludzi wchodzących i wychodzących z niezachwianym i stoickim spokojem.
Byłem też w Bronx Museum of Art, całkiem dobra wystawa i całkiem pusto. No i pojechałem na grób Billie Holiday. Nie jestem jakimś czułostkowym przygłupem, ale jednak musiałem to zrobić. Kiedy 42  lata temu usłyszałem ja pierwszy raz w audycji Henryka Cholińskiego wiedziałem, że nie przestanę tego słuchać nigdy. Audycję miałem nagraną na szpulowy, słuchałem jej w kółko i kiedy po latach kupiłem sobie wszystkie chyba jej nagrania, niektóre znałem nuta po nucie. Na cmentarz St. Raymond jechałem długo, też autobusami, których używania musiałem się nauczyć. Trafiłem na grób dość szybko, trochę kamieni, trochę zeszłych kwiatów, położyłem moją lilię, bo nie było kamelii i nie było jakiegoś niezwykłego wzruszenia albo łez. Byłem tu bo w końcu musiałem zamknąć coś, co zaczęło się jak miałem 14 lat i nie tyle, ze się skończyło, ale przecież powoli kończy.
W jakimś sensie podróż ta przebiega pod znakiem ostatecznej już konstatacji, że nie jestem ani w żaden sposób nie byłem wyjątkowy. Nigdy i dla nikogo. To miasto potrafi o tym dobrze przypomnieć
I jeszcze dziś wieczorem w metrze zaatakował mnie karaluch.

poniedziałek, 18 września 2017

Pierwszy dzień w Nowym Jorku niby na Mannhatanie, ale bez
  turystycznych przeżyć a wręcz przeciwnie. Na kampusie
CUNY. Może nieturystyczne, ale od razu "jak w filmie".
O ile wczorajsza jazda z lotniska by A traine była jak
z typowego nowojorskiego obrazu z obowiązkową czeredką
freaków, o tyle teraz jestem w mlodzieżowym filmie
o współczesnych nastolatkach. Wszystkie rodzaje
ubrań, fryzur, kolorów, wcielenie snu o powszechnym
dostępie do edukacji. Wszystko to w dekoracjach z XIX
tego wieku, przemieszanych z brutalizmem lat 60.
co zaprojektował Marcel Breuer. Gdyby nie Bill,
Na pewno bym tego nie zobaczył, podobnie jak 
zaplecza biblioteki, której bardzo ciekawa historia
tu. U dołu parę zdjęć.  
Piszę sobie na ławce, studenci się przechadzają,
Bronx, który kojarzy nam się filmowo
jest tu zupełnie innym filmem. To na razie tyle,
bo przesunięcie trochę męczy, choć ciepło
i słońce jakoś to wynagradzają.



Panorama połowy kampusu BCC



Wnętrze biblioteki












A tak w środku bo książki już
Od dawna gdzie indziej


piątek, 15 września 2017

Iwo Zmyślony a sprawa polska.

Tytuł jest trochę po to, żeby zainteresować czytelnika branżowego i nie branżowego, choć dla tego drugiego to może być kompletnie nieinteresujące. Nie mogłem jednak wytrzymać sporego wkurzenia po ostatnim poście Iwo Zmyślonego na FB. Jest to bowiem niespójny zestaw pomówień, niewiedzy, złej woli, zagubienia i mieszanka dobrej woli rozmowy z niekomentowalnymi zarzutami. Efektem tej zawartości jest fakt, że nikt właściwie z autorem polemiki nie podjął. Bo i prawda - to nie ma sensu generalnie, o czym dobitnie przekonał się Ryszard Kluszczyński - a jednak mam nieodparte wrażenie, że nadużycia, które autor w tym tekście popełnił, wymagają komentarza, sprostowania, doinformowania tych, którzy mogą przyjąć wypowiedzi Iwa w dobrej wierze.
Nie mam przy tym pojęcia, co nim kieruje...Jeśli jest to rzeczywista chęć zmiany, to jakoś jeszcze to rozumiem. Chciałem coś o kwestiach osobistych, ale chyba jednak nie powinienem.
Postaram się teraz, punkt po punkcie, odnieść się do tez Iwa z posta, który jest tu 
Dwa pierwsze to truizmy, potwierdzenie wiary w hasła Kultury Niepodległej, z zastrzeżeniem,
że praktyka na polu sztuk wizualnych mija się z tymi ideami.
W punkcie 3 pojawia się 5 lat działania Iwa w tymże polu. Ja nie mówię oczywiście, że to mało, ale też z punktu widzenia swoich 33 to mnie tylko bawi. Akurat te 5 lat Iwa to mały wycinek w historii, którą wydaje mu się, zna na wylot. Niestety, bezpośrednie uczestnictwo w pewnych wydarzeniach przydaje się dużo bardziej, niż ich znajomość jako faktów historycznych. Jasne, historycy badają czasy, których nie znają z autopsji, jednak Iwo wypowiada to słowo - działam. Nie badam, analizuję, odnoszę się - działam.
Punkty 4,5 i 6 omówię zbiorczo, bo dotyczą kwestii zasadniczych - mianowicie personalnych oraz relacji autora do "reszty świata sztuki". Tu co krok to pomówienie i nadużycie:
Co to mianowicie znaczy, że "polski świat sztuki jest homogeniczny i konserwatywny"? Otóż - jest
w Polsce blisko 60 galerii niekomercyjnych (mówię tylko o tych wymienianych np. tu, choć mnóstwo tu braków), dotowanych z funduszów samorządowych lub w kilku wypadkach ministerialnych, programowo różniących się bardzo. Nie wiem, co znaczy, że ich dyrektorów wyniosły do władzy poprzednie ekipy. Jasne, z Ustawy o OiPDzK wynika, że Minister w przypadku konkursów w samorządach musiał ich kandydatury zatwierdzić, nie pamiętam jednak czy kiedykolwiek któregokolwiek ministra kultury to obchodziło. Program w tych galeriach bardzo często jest dyktowany przez lokalne środowiska i nic w tym złego, jest tych akurat galerii więcej niż tych, które zalicza Zmyślony do złowrogich centrów przemocy symbolicznej. Doliczając muzea i galerie akademickie a nie licząc komercyjnych, w jednym miesiącu odbywa się w Polsce  ponad 100 wystaw sztuki współczesnej. Podziwiam autora, ze potrafi wszystkie te miejsca jednoznacznie zakwalifikować jako wrogie wszystkim zmianom, etc.
Co to znaczy ostracyzm i cyniczna polityka ratowania stołków? Ostracyzm wobec kogo? Gdybyż tu jeszcze pojawiły się przykłady, sensowne, byłbym w stanie może się do nich odnieść. Fakt, że Zbigniew Warpechowski, którego poglądy są jednoznacznie konserwatywne, który wielokrotnie krytycznie wypowiadał się o polskich instytucjach, miał kilka lat temu wielką retrospektywę w Zachęcie a jakiś czas później obchodził tamże swoje 50 lat pracy performera, jakoś Zmyślonemu umknął. To mit, że polskie instytucje kierują się poglądami artystów. Ale o tym późnej.
Na czym polega "cyniczna polityka ratowania stołków" tego autor nie wyjaśnia, bo nie ma też pojęcia o tym, czym jest kierowanie instytucją kultury, czym jest relacja z politykami lokalnymi, z bieżącą polityką kulturalną. Mógłby zapytać o to Monikę Szewczyk, Joannę Mytkowską, Stacha Rukszę, Sebastiana Cichockiego, Jarosława Suchana, Andę Rottenberg, Hannę Wróblewską, Dorotę Monkiewicz albo Władysława Kaźmierczaka, że wymienię tych, którzy czuli i czują realnie, czym jest kierowanie galerią i jaki na to wpływ mają czynniki zewnętrzne . Nie chce mu się, woli snuć fantazje o ratowaniu stołków, nie mając bladego pojęcia o realiach. Traktując przy tym wymienionych jako kluczowe postaci złowrogiego układu. Co zabawne i zastanawiające, jeszcze dwa lata temu Iwo polemizował z tezami MM o układzie w sposób zdecydowany i jasny. Co się stało w tym czasie, że nastąpił tak nagły zwrot ku tezie o bezwzględnym utrzymywaniu status quo? Ciekawe też, w jaki sposób dyrektorzy instytucji "wyciszają każdego, kto próbuje się wychylić?" O jaki wychył chodzi? Ideowy, polityczny, artystyczny? Jakąż też mają władzę? I tu punkt 6 - pisze Iwo - "doświadczyłem tego na własnej skórze". O ile pamiętam, pierwszy ostracyzm wobec naszego "krytyka wyklętego" to był brak papierowych zaproszeń z Zachęty. Poza tym pojawiają się więc inne ofiary dyrektorskiej przemocy - Monika Małkowska - drukująca już któryś artykuł o "mafii sztuki" w centralnej prasie, udzielająca się we własnych audycjach w rozgłośniach radiowych, przez dziesiątki lat jedna z najbardziej medialnych polskich krytyczek, niedawno kuratorka wystawy w sopockim PGS...W jaki sposób jest Małkowska odszczepieńcem? Bo nie miała wystawy w MOCAKu? Jest czytana bardziej niż większość polskich krytyków, chociażby dlatego, że walczy z układem, co tak dziś przecież wskazane.
Piotr Bernatowicz, realizujący kolejną wystawę próbującą przeciwstawić lewackiej sztuce sztukę prawacką, bo tylko takimi znacznikami można Piotra myślenie opisać, ma audycję w państwowej telewizji. W tych dniach prowadzi panel na oficjalnej konferencji MKiDN. Niedawno na zaproszenie Zamku Ujazdowskiego brał udział w jednej dyskusji z Iwem. I tenże, i inni dyskutanci nie odnieśli się do wypowiedzi Piotra, dotyczącej wpływu Mirosława Bałki na jego studentów, który owocuje robieniem przez nich prac o Holokauście a nie o Smoleńsku. Obrzydliwy, zawoalowany, "kulturalny" antysemityzm tej wypowiedzi był czytelny dla każdego, tylko nie dla szacownych dyskutantów
i Jacka Zembrzuskiego. Myślę przy tym, że kariera Piotra dopiero się rozwija.
Piotrowski, wymieniony w tym kontekście przez Iwa to chyba nie Piotr, bo byłby to ponury żart, może Zygmunt? Tu prawda - to bezkompromisowy artysta, który świadomie jest odszczepieńcem i kontestatorem.
No i jeszcze Jaromir Jedliński, idol mojej młodości, z którego książki dowiadywałem się o Josephie B. Cóż, picie w pracy uchodzi, ale nadmierne picie nie (nie przez fikanie komukolwiek J.J. stracił posadę, tylko z tego prostego powodu). Np. mój problem alkoholowy nie jest tajemnicą od dawna i trzeba się pogodzić z tym, że się albo pije albo w końcu trzeba przestać. Choroba jak choroba, jedni ją znoszą dobrze, inni gorzej. I nie ma tu żadnego odszczepieństwa, jest brak samodyscypliny a potem neofityzm. Bywa.

Może to jest nasz największy problem - nieumiejętność przyznawania się do rzeczywistych powodów zdarzeń? Może powody, dla których mamy takie a nie inne poglądy wynikają z naszych przeżyć a nie z pozornie głębokich przemyśleń?

Punkt 7 to pytanie o polską sztukę krytyczną. Gdzie się podziała...Należałoby zapytać artystów, wszyscy żyją. Tu pojawia się też postulat tworzenia platformy sporu i dialogu pomiędzy różnymi stronami sceny ideowej. Cóż, tego akurat z autopsji Iwo nie wie, choć wie z historii, jak bardzo polska sztuka współczesna od samego początku czasów "potransformacyjnych" była postponowana
i nienawidzona, nie tylko zresztą przez polityków i publicystów prawicowych. Sam autor omawianego postu o tym pisał 4 lata temu i zastanawiam się, co się takiego musiało stać, że od jakiegoś czasu postuluje dialog, do którego nigdy nikt nie miał po tej "drugiej stronie" najmniejszej ochoty. Poza Cezarym Michalskim, który kiedyś przerażony katalogiem wystawy "Perseweracja mistyczna i róża" zaczął krucjatę, tu ciekawa próbka. Zdaje się, że potem, jako jedyny chyba z tego swojego byłego towarzystwa, przepraszał za swoje słowa. NIGDY nie zrobili tego Łukasz Warzecha, Maciej Mazurek, Jan Wróbel, Filip Memches, Paweł Paliwoda, Andrzej Osęka, Łukasz Radwan, Andrzej Biernacki ale też Krzysztof Varga czy Jacek Podsiadło - że wymienię najaktywniejszych w niesprawiedliwości, niewiedzy i nienawiści wobec współczesnej sztuki. Nigdy też nie rozpoczęli dialogu wszyscy ci, którzy anonimowo i pod nazwiskiem postulowali więzienie lub zakład psychiatryczny dla Katarzyny Kozyry i ogolenie głowy Dorocie Nieznalskiej. Jasne, ja też bym chciał dialogu i zrozumienia, Iwo nie podaje jednak sposobu na jego ucieleśnienie. Ja też chcę przejrzystości, jak przeważająca większość moich koleżanek i kolegów, jednak nie kosztem bycia ofiarą i tłumaczenia się z tego, czemu sztuka jest dziś, jaka jest (nie tłumaczenia, tylko tłumaczenia SIĘ). Tego się powinno uczyć w szkole i choć niedoszły minister obrony narodowej, z konieczności minister kultury w swoim tekście o Kulturze Niepodległej gani autorów manifestu za niedostrzeganie powrotu plastyki i muzyki do szkół, to tylko smutno bredzi, nie wiedząc o czym, acz potoczyście. Mimo mojej wiary w dialog i agonizm jak ktoś bredzi no to bredzi, niestety nie umiem tego inaczej określić.
Pojawiające się kolejne pytanie autora o brak dyskusji na temat kryteriów w sztuce jest pytaniem pryncypialnym acz bardziej jednak w stronę teoretyków. Instytucje zajmują się praktyką artystyczną. Jeśli autor pyta o decyzje zakupowe i wpływ rynku na publiczne kolekcje to wpływamy na ciekawe i szerokie wody. To dziś problem całego, nie tylko naszego świata sztuki, kwestia tak istotna, jak sprawa jego zaangażowania w mechanizmy współczesnego kapitalizmu. Czy jednak platforma Kultury Niezależnej jest tu najwłaściwszą przestrzenią dyskusji? Co do pytania o podstawy podejmowania przez kuratorów decyzji o programie wystaw, to mogę autorowi odpowiedzieć, może nie tyle jemu, co tym, którzy myślą, że to faktycznie jest tak nieprzejrzyste. W większości znanych mi galerii dyrektor zwołuje kolegia kuratorskie, na których wspólnie ustalają program. Posługując się swoimi kompetencjami, wiedzą i wierząc, że oferują odbiorcom istotne propozycje. Nie ma w tym żadnej tajemnicy, jest praca, odpowiedzialność wobec podatnika i wiara w sens własnego działania. Tak - to są decyzje subiektywne, nie bardzo jednak wiem, czym jest obiektywizm w działalności wystawienniczej. Być może chodzi o tzw. "zeszyt" do którego kiedyś w galeriach BWA mogli zapisywać się artyści. Decydowała kolejność zgłoszeń, kryterium ze wszech miar obiektywne. Dowcipkuję sobie tutaj i nie twierdzę, że wszystko jest świetnie, niemniej jednak nie poczuwam się do bycia cynicznym ratownikiem stołka. Nie zdarzyło mi się nie brać pod uwagę artysty, który ma inne, niż moje poglądy, na sztukę czy rzeczywistość. Nie przyszło mi nigdy do głowy, że mógłbym coś takiego zrobić (no może w wypadku artysty z ONR, ale zdaje się, że mało jest takich) i nie chce mi się wierzyć, żeby takie rzeczy zdarzały się koleżankom i kolegom dyrektorom. Jeśli Iwo je zna, powinien podać przykłady.
Dalsze punkty tekstu Iwa to chciejstwa, takie jak choćby obsesja IZ - "eliminacja języka pogardy" czy agonizm jako zasada sporu. Tak, to oczywiste, jednak ktoś, kto pisze o cynicznym ratowaniu stołków, urzędnikach na kuratorskim etacie czy plemieniu, które potrzebuje "takich jak on" i Monika Małkowska, traktuje tu innych jak wrogów czy partnerów? No i postulat otwarcia instytucji sztuki i tłumaczenia, o co chodzi w sztuce...Ręce mi opadają, że Iwo nie widzi - bo ja widzę, jak od lat działy edukacji i całe instytucje, w których te działy dzielnie pracują, organizują konferencje, oprowadzania kuratorskie, warsztaty dla nauczycieli, młodzieży, dzieci, dorosłych. Tłumaczą, spotykają się z dyrektorami  i czasem się dogadują a czasem słyszą, ze klasa na jednej lekcji nie może wyjść ze szkoły. Robią to wszystko, jak chce autor, "życzliwie i bez zadęcia", zapewniam.
Iwo po prostu nie wie, jak wygląda praca instytucji, nie tylko tych centralnych, choć to mógłby wiedzieć. Nie rozumie, że ludzie, którzy w nich pracują, robią to często za pieniądze delikatnie mówiąc, śmieszne.
No i nie byłbym sobą, gdybym go nie zapytał, czy Zygmunt Białoszewski to jakiś krewny Mirona? Nb. obecny w studio Pegaza Zygmunt Miłoszewski stracił w pewnym momencie cierpliwość wobec wywodów IZ, może z tak małostkowego powodu, jak przekręcenie nazwiska?
Na końcu tekstu pada rytualne stwierdzenie o wierze w dobrą wolę wszystkich sygnatariuszy manifestu KN. Jak to rozumieć w kontekście poprzednich zarzutów, pojąć nie mogę.
Z wrażliwego, uważnego krytyka współczesności, Iwo Zmyślony przeradza się w rewolucjonistę, co niestety nie świadczy najlepiej o jego wiedzy historycznej. Większość artystów i teoretyków awangardy, którzy zaangażowali się w XX wieku w rewolucyjne totalitaryzmy, skończyła źle. Albo wypierając się swoich poprzednich poglądów, albo ginąc w ich obronie. Pamiętać należy, że nawet Adolf Ziegler wylądował na parę miesięcy w obozie koncentracyjnym, choć chyba nie w związku ze zmianą swych poglądów na sztukę.
W linkowanym tu artykule polemicznym wobec tez Moniki Małkowskiej Iwo pisał: "Przy wszystkich swoich zasługach dla polskiej sztuki najnowszej, Monika Małkowska w tej chwili bardzo jej zaszkodziła." Mam nieodparte wrażenie, że to samo robi teraz Iwo Zmyślony, w chwalebnej być może chęci przymuszenia świata sztuki do dialogu wszystkich ze wszystkimi. Nie wiem tylko, jak chce dialogować z przedstawicielami złej, instytucjonalnej władzy. Jednoznacznie z opisywanego tekstu wynika, że trzeba ich usunąć z tych kurczowo trzymanych stołków. Jakoś dziwnie dobrze znam tę retorykę.
P.S. Już po publikacji tego tu, Jakub Banasiak uświadomił mi, o jakiego Piotrowskiego chodziło - oczywiście Kazimierza. Jakże mogłem zapomnieć. Co trochę znaczy, że nie przyszło mi do głowy jego odszczepieństwo, jednak chyba miejsca nie mające, albo podobnie jak w wypadku innych Piotrowskich, z założenia będące integralną decyzją własną.

czwartek, 13 lipca 2017

Gdańsk - o zapominaniu i poczuciu przegranej.

Miało być o czymś zupełnie innym, zbierałem się, jak widzicie, długo a tu, jak zawsze, nagle,
w reakcji na bodziec. Tym razem była nim książka Znajomi Znad Morza, wydana przez Gdańską Galerię Miejską (i ASP w Gdańsku i ASz w Szczecinie), której mam zaszczyt być członkiem Rady Programowej. Sama książka to oczywiście interesujący zbiór wypowiedzi na temat historii sceny trójmiejskiej i czepiać się nie mam czego. Może tylko, że przy tej ilości redaktorów, współautorów itd. literówka w nazwisku wybitnego anarchisty Janego Waluszko to trochę wstyd. Ale czepianie się literówek jest błazeństwem.Chciałem o czymś innym, chciałem mianowicie o tym, o czym wszyscy zapomnieli a co wzbudziło moje poczucie przegranej, bezskuteczności działań a i garść refleksji o pamięci i zapominaniu. To jest oczywiście z bardzo mojego punktu widzenia, bardzo osobiste i przez to niszowe. Uniwersalny jest tu co najwyżej mechanizm, znany skądinąd i ciągle działający - pisanie historii poprzez wypieranie, zapominanie, wykluczanie. Najczęściej zresztą nieświadome i niezawinione, acz często wynikające też z niewiedzy i niechęci do pogłębionego riserczu.
Zresztą, moje żale, pewnie niesprawiedliwe i nieuprawomocnione, wynikają też z poczucia zaniechania. Nie raz myślałem o rzetelnym podsumowaniu działalności galerii "po", nie raz nie mogłem mieć pretensji do kogoś, kto nie mógł dotrzeć do źródła, bo go nie było. Więc tak tu sobie poroję jedynie, nie traktujcie tego poważnie, ot wspominki i sentymenty.
Nie ma Zielonej Góry w tej książce a przecież galeria "po" a więc i BWA były jednymi z nielicznych miejsc instytucjonalnych w latach 80. w których Szkoła Gdańska miała swoje istotne miejsce.
Wszystko zaczęło się w kwietniu 1985 roku, kiedy Wojtek Zamiara przyjechał tu z pracownią profesora Jana Berdyszaka, mimo że w niej nie był. To był moment, w którym zaprzyjaźnił się z Leszkiem Krutulskim (bardziej) i trochę ze mną. Przyjechał potem właściwie niezaproszony na I Biennale Sztuki Nowej, na którym swój dyplom pokazał także Grzegorz Klaman. Była to pierwsza prezentacja jego twórczości poza Trójmiastem. Zamiara prezentował swoje prace, instalacje, perfromansy i murale w latach 80. co najmniej 7 razy. Później zrealizował w BWA wystawę "Mózg-Teleportacja", wyprzedzającą o blisko 2 dekady przeniesienie tego bydgoskiego klubu do Warszawy.
Była to wystawa precedens, nie pamiętam czy przedtem a i nie jestem pewien, czy potem miał miejsce taki hommage dla miejsca- klubu muzycznego. Może gdzieś za granicą. To na plenerze w Lubsku w 1993, gdzie spotkali się studenci pracowni Witka/Wojtka z moimi,  Wojtek zrealizował film bez tytułu, tu ze zbiorów MSN.  Wystawa "Patrzę" w 2009 była, można powiedzieć,  ukoronowaniem tych wieloletnich, bardzo towarzyskich kontaktów.
Witosław Czerwonka był jednym z kilku nominujących artystów do udziału w I BSN. Stąd obecność Adama Harasa, Grzegorza Klamana, Marka Modela, Eugeniusza Szczudło. Potem prezentował raz jeszcze trójmiejskich artystów na III BSN, m.in. Marka Mackiewicza, Marka Rogulskiego, Sławomira Górę, Roberta Rumasa. Jedną z ważniejszych dla mnie wystaw w historii BWA była "Niezgoda" - plener pracowni Witka Czerwonki i Wojtka Zamiary, na który przywieźli swoich najlepszych wtedy studentów. Na pewno o kimś zapomnę, bo piszę z pamięci a paradoksalnie tej wystawy nie ma w naszym archiwum - byli tu wtedy Robert Rumas, Robert Kaja, Kamila Cząstka, Tomek Kuchta, Jarek Bartołowicz, Martin Blaszk, Marcin Rupiewicz, Andrzej Awsiej, Jacek Kornacki, Marek Mackiewicz, chyba wymieniłem wszystkich. To wtedy, gdy z Robertem Rumasem penetrowaliśmy zielonogórskie lokale w poszukiwaniu ukradzionej kamery, na zawsze zmienił się kształt nosa artysty. Mojej histerycznej reakcji na to zdarzenie też nie zapomniałem.
W latach 86-90 pokazaliśmy w galerii "po", którą z Leszkiem Krutulskim przy BWA prowadziłem, wystawy: Grzegorza Klamana z Kazimierzem Kowalczykiem, Jarka Flicińskiego z Kacprem Ołowskim, Witka Czerwonki, Zbyszka Kosowskiego z Rafałem Roskowińskim (+ Robert Rumas), pokaz filmów Totartu prowadzony przez Konika. Wydaliśmy jako galeria "po" pierwszy zwarty zbiór tekstów Totartu, wprawdzie w 100 egzemplarzach, ale jednak. To dziś biały kruk. W latach 90. powstało więcej miejsc dla sztuki i w Trójmieście, i w Polsce, więc te ścisłe a przynajmniej bardzo towarzyskie związki z nadmorskimi artystami osłabły. Niemniej jednak Adam Witkowski, który deklaruje w książce przejście na pozycje klubowo muzyczne, występował tu, w BWA ze swoimi zespołami 2 razy, podobnie jak Dick4Dick czy co najmniej kilku innych gdańskich muzyków. Wspomnę tylko jeszcze, że dużo później swoją prezentacje miała tu inna pracownia z gdańskiej ASP, prowadzona przez Roberta Kaję, który jest też autorem ważnego dla miasta pomnika Wydarzeń Zielonogórskich (zrealizowanego razem z Wojtkiem Z. zresztą). Nie wspomnę już wielu innych ujawnień artystów znad Zatoki, bo byłoby z tego jeszcze sporo nudnych linijek.
To całkowite i literalne pominięcie zielonogórskiego odprysku historii w książce o znajomych znad morza jest przecież typowe i poza poczuciem niedowartościowania mam co najwyżej żal do paru osób, że nie wypowiedziały choć zdania. Galeria w Zielonej Górze była dobra na początek, potem już właściwie blaknie i rozpływa się w niebycie wspomnień przytłumionych towarzyskim spotkaniem, używkami, anegdotą. Dla mnie jest ta książka nauczką za zaniedbanie własnej historii, za brak porządnego źródła, za zaniechanie i lenistwo.

Martin Blaszk - Historia, schemat pracy z wystawy pracowni Witosława Czerwonki


czwartek, 20 kwietnia 2017

Czasami nie

Czasami się nie da i trudno pojąć, czemu. Pojawiają się wydarzenia, ciekawe podróże, nowe znajomości a wszystko jakoś nie poddaje się opisaniu, albo po prostu umysł odporny na nowości, niegiętki, zastały. Zdziś ciekawe sztuczki też robi a ja nic. No, ale dosyć tej autoreferencji, to nikogo nie obchodzi, coś o tym wiem.
Z drugiej strony, jak się zobiektywizować? Podziwiam tych, co to umieją, uniwersalizują, ciekawie opowiadają, jeśli o sobie, to tylko dla formy.
Dobrze, będzie więc opowieść osobista acz można ją uogólnić, bo jest o wielu aspektach życia.
Zdarzyło mi się pod koniec lutego, pogoda była ładna, świeciło słońce, był taki moment w tym czasie, że już wiosna, cieplej niż teraz na pewno było. Jechałem sobie samochodem z uczelni, pora była szczytowa, co w moim mieście nie oznacza jakiejś wielkiej dolegliwości, ot kilka minut stania w kolejce przed światłami, bo korkiem to trudno nazwać. Jest takie miejsce w Zielonej Górze, gdzie nawet na światłach przejeżdżając, łatwo się nie jest wbić na właściwy pas. Postanowiłem być cwany i tak, przejechałem przez ciągłą, żeby od razu wjechać na właściwy tor. Nie stworzyłem żadnego zagrożenia, ale nikt nie jechał, ale tak, nie powinienem. No i pełen samozadowolenia jadę sobie dalej, na następnym skrzyżowaniu skręcam i po kilkudziesięciu metrach staję, by wpuścić samochód
wyjeżdżający z Placu Słowiańskiego. W tym momencie z jadącego za mną czerwonego auta wyskakuje kierowca, na oko duży i gwałtowny i lży mnie grubym słowem prze szybę. Jak się domyślam, za tą nieprzepisową wbitkę. Nie mówię nic, ruszam, bo już można. I tak sobie myślę - wysiadać i mierzyć się z nim na środku ruchliwej jezdni to by było głupie. Wzywać policję bo ktoś w brutalny sposób zwrócił mi uwagę, też głupie. Nawet nie kopał samochodu. Co nie jest tu ironią.
Sam może byłbym wkurzony na coś takiego. Sm pewnie wrzeszczałbym, co za idiota, kretyn, itd, itp. W samochodzie i w pustkę, no bo w realnej konfrontacji nie jestem skory do starcia, czy fizycznego, czy słownego. No i tak to. Jakoś go rozumiem, ale jakoś też niekoniecznie. Sam bym czasem tak chciał, ale doskonale wiem, że nie wolno. Może też zazdroszczę, że tak po prostu potrafił, bez oglądania się na konsekwencje.
A w galerii superwystawa o projektowaniu dla dzieci, z Instytutu Designu w Kielcach. Załoga się już na niej świetnie bawi a mam nadzieję, że dzieci też będą. No i ciągle jeszcze Pensjonaty Doroty Buczkowskiej, delikatny, tajemniczy świat, trochę umarły a trochę lśniący inaczej o każdej porze.
Sesja Zdzisia, Gocha Dobrucka, Karolina Spiak i kuratorki, Joanna Kurkiewicz
 i Ola Banaś porównują Zdzisia z pieskiem Drakulą.


wtorek, 14 lutego 2017

Być Ickiem.

Jak być może niektórzy z Was pamiętają, w Niemczech od stycznia 1939 roku wszyscy Żydzi noszący nieżydowskie imiona otrzymywali obowiązkowo, w dokumentach, imiona Sara lub Izrael. Przypomniał mi się ten fakt w momencie, kiedy uczestnicy antyuchodźczej manifestacji okrzyczeli mnie imieniem Icek, z uwagi pewnie na mą rudą brodę i własne uprzedzenia. Właściwie to nawet lepiej niż Mośkiem, gdybym miał wybierać. Choć to przecież imię Mojżesza spolszczone, no jednak mimo wszystko wg tradycji autora Pentateuchu, jakby nie patrzeć świętej księgi także dla katolików. Icek jest, jak łatwo przeczytać w polskim Internecie bohaterem niezliczonych, ciągle żywych w kraju bez Żydów anegdot żydowskich. Jakoś mnie więc ten Icek nie obraził, w końcu to zniekształcony Izaak, co jak wyczytałem w Wiki, oznacza śmiech. Jakiż piękny źródłosłów, tym bardziej nie ma się na co obrażać no i jakoś też paradoksalnie, jego uczestnictwo w tych żartach tym znaczeniem może się bardziej tłumaczy. Sam kiedyś przyznam, te szmoncesy opowiadałem, nie rozumiejąc nazbyt idiotyzmu tej czynności, zrozumiałej w czasach, kiedy ich bohaterowie żyli sobie, może nie beztrosko, ale jednak żyli. Jak już przestali, takie opowiadanie, wykonywane z dobrej czy niedobrej woli, jest jednak głupie. Rozumiem w Odessie jeszcze, no.
Pamiętam jeszcze swoje polemiki z kolegami, którym próbowałem przetłumaczyć, że pewnych dowcipów się nie opowiada, choć przecież sam mam na sumieniu rzekę tego typu zachowań. Nie, żebym miał wyrzuty sumienia, młodość cechuje się przyrodzonym sobie bałwaństwem i trawestując znane powiedzenie kto nie bywał głupawy w młodości, ten na starość będzie nudnym bęcwałem.
Jednak bycie Ickiem w bezickowym społeczeństwie łatwe może nie być, prawdziwym Ickiem oczywiście. Jako biały, heteroseksualny mężczyzna nie mam teraz  właściwie  problemów z przebywaniem w miejscach publicznych mojego kraju, choć nosząc nadmiernie obcisłe spodnie narażałem się niekiedy na plugawe, choć ciche komentarze.. Dawno temu, kiedy  nosiłem długie włosy, ubierałem się powiedzmy niestandardowo i z dużą ilością koralików, wiedziałem, że to może być tu i ówdzie źle widziane. Ale przecież robiłem to świadomie, prowokując spojrzenia, reakcje, bawiąc się czasem a czasem uciekając. Kiedy jednak ostatnio na chwilę stałem się Ickiem, poczułem ciężar nienormatywności, która ciągle, nie tylko tu, bywa źródłem sytuacji nieprzyjemnych, opresyjnych, przykrych. Niewiele trzeba. Nagle czujesz uważne spojrzenia, oglądasz się nerwowo i czekasz na atak. Nawet jeśli to wszystko tylko twój wymysł lub imaginacja. Oczywiście, że to wymysł i imaginacja a jednak nie włożę kipy i nie wyjdę na ulicę, nawet w Warszawie. A i pewnie nie w Paryżu, Berlinie coraz mniej i wielu innych miejscach. Nie mam zresztą powodu, ale uparcie stawiam się w sytuacji kogoś, kto musi, chce, powinien. I wolę mówić jednak o sytuacji tu, bo tu mieszkam i pracuję. Pisałem tu kiedyś o nieobecności Żydów w powojennej Polsce, w miejscach gdzie mieszkali przed wojną i sprawdziłem na przykładzie Parczewa, czy może coś się zmieniło. Przed wojną 50 % mieszkańców. Na stronie miejskiej ani śladu właściwie. Na Wiki trochę, choć najwięcej o powojennym pogromie. Czyli jak dawniej. Nie raz to już mówiłem, cieszę się, że mieszkam tu, gdzie "to zrobili inni". Gdybym mieszkał w Wąwolnicy, Kazimierzu albo Górze Kalwarii nie wiem, kim bym był i co myślał o tym, ale nie da się chyba na spokojnie przejść nad tym do porządku. Jakiś czas temu Andrzej Kirmiel, historyk opisujący dzieje Żydów w ZG i okolicach napisał, że obecnie w naszym mieście mieszka 10 osób mających pochodzenie żydowskie. W sumie mogę być honorowym Ickiem, nie z powodu jakiegoś głupiego filosemityzmu tylko raczej z poczucia wspólnoty z nieobecnymi.