sobota, 27 stycznia 2018

Dalej nieco o instytucjach, prowincji i nienajlepszym samopoczuciu.

Właściwie to jestem wdzięczny Łukaszowi Musielakowi za teksty, które napisał, ten już tu omawiany i ten najnowszy , nie tyle za ich zawartość merytoryczną, co za zmuszenie mnie do podjęcia riserczu, no może riserczyku, ale jednak. O ile bardzo trudno jest polemizować z tekstami napisanymi z potrzeby serca, zupełnie niepotrzebnymi bo wyważającymi drzwi, które leżą od dawna i nikt już nawet nie pamięta dobrze, że były, o tyle zarzuty o braku merytorycznych argumentów są już czymś poważniejszym. To za chwilę.
Nie przez przypadek blog ten ma taki a nie inny tytuł. Możemy sobie mówić, że prowincja to tylko stan ducha, że tak naprawdę to przecież wszystko zależy od nas i naszej wiary w sens tego, co robimy, ale rzeczywistość skrzeczy. Kilka dni temu na internetowej stronie Szumu pojawił się tekst Anki Ptaszkowskiej, dotyczący generalnie ostatniej edycji Documenta, ale omawiający kwestię finansowych problemów imprezy i Adama Szymczyka. wybrałem sobie cytat nawet z tego tekstu, dotyczący dyskusji o kwestiach instytucjonalnych, który może wystarczyłby za prostą odpowiedź na wszystkie supozycje Łukasza:... wszystkim dziś już wiadomo, że wojna wypowiedziana Instytucjom przez niektórych artystów w latach 60. i 70. zakończyła się miażdżącym zwycięstwem Instytucji, dzięki – trzeba powiedzieć – ścisłej kolaboracji artystów z tymi Instytucjami.
Obecnie, jakakolwiek cenzura straciła sens i rację bytu. Im bardziej propozycje artystów są polityczne, krytyczne i politycznie skandaliczne – tym wyżej rosną ich ceny. W ramach istniejącego systemu, każda działalność «pozytywna», wzmacnia system, który tak bardzo chciała zwalczać. Trzeba zatem być równie uważnym, co skrupulatnym."
W tym samym tekście pojawia się passus dotyczący nieobecności w "ważnych i szanujących się" instytucjach twórczości i postaci Krzysztofa Niemczyka, W kilku przykładach potwierdzających tezę nie pojawia się jednak wystawa, którą Ptaszkowska widziała, w której właściwie uczestniczyła, udzielając pozwolenia na użycie zdjęć będących Jej własnością. W grudniu 2013 otworzyliśmy w BWAZG wystawę "Czy artyści mogą nie spać, której kuratorka, Joanna Zielińska uczyniła postać Niemczyka osią wystawy, co świetnie widać na zdjęciach dokumentacyjnych, nie mówiąc już o tekście kuratorskim. Nie podejrzewam Anki Ptaszkowskiej o złą wolę, myślę raczej, że to już tak jest czesto, zwłaszcza u osób organicznie nie znoszących prowincji. Autorka po prostu nie pamięta tego, co zdarzyło sie poza centrami, bo przeważnie nie wnosi to nic wg niej istotnego do całokształtu sztuki. Akurat wyjątkiem jest tu w Jej wypadku akcja "My nie śpimy", której w 1969 na IV Złotym Gronie w Zielonej Górze była protagonistką i współuczestniczką. Często sie do niej odnosi i opisuje. Bardzo cenię dorobek i osobę Anki Ptaszkowskiej, z całego serca, ale takie pominięcia stawiają pod znakiem zapytania cały sens mojej pracy. Nie żebym się skarżył, wiem jak jest.
Ale może też dlatego tak bardzo wkurzył mnie tekst Łukasza Musielaka. Bo przecież nie jestem aż tak głupi i zadufany, żeby nie rozumieć potrzeby dyskusji. Mam jednak dość dobry ogląd statusu materialnego i symbolicznego instytucji prowincjonalnych i wiem, w jakich warunkach działają, jak bardzo ich istnienie jest bez przerwy samopotwierdzaniem jego sensu. Ale, jak powiedziałem, dzięki tym tekstom sięgnąłem do zamieszczanych w Szumie wcześniej artykułów dotyczących instytucji. 
W nr 4 drukowanego Szumu Adam Mazur w tekście "Zamki na piasku" podsumowuje polską instytucjonalność sztuki okresu transformacji ustrojowej. To ciekawy tekst, dobrze opisujący ten pejzaż, choć stawiający tezę podobną do tej z tekstów ŁM - że instytucjom dobrze a artystom źle, mocno upraszczając. Tekst AM stał się kanwą dla dyskusji pomiedzy kilkorgiem dyrektorów najważniejszych polskich miejsc dla sztuki współczesnej Kiedy znalazłem go w Internecie zrozumiałem, dlaczego nikt z nich nie odniósł się do tekstu Łukasza. Nie negowali potrzeby dyskusji, wszyscy mocno akcentowali konieczność bezustannej negocjacji sensu i roli instytucji. 
Dość idiotycznie się wychyliłem z tym oburzeniem, może też dlatego, że sytuacja dużych centralnych instytucji jest jednak mocno inna niż tych prowincjonalnych. W rozmowach oni zawsze mówią o podobieństwach, no ale to jest jednak zupełnie coś innego, skala, budżet, ilość pracowników, możliwości techniczne itd itp. Do tego dochodzi oczywiście widzialność, możliwości zdobycia dodatkowych środków, wszystko wiadomo. 
Jestem po prostu trochę zmęczony niemożnością, bezustanną koniecznością uzasadniania istnienia instytucji, problemami techniczno-finansowymi. Na to wszystko czytam tekst, z którego jednoznacznie wynika zbędność moja, mojej pracy, pracy wszystkich z którymi razem próbujemy zrealizować coś istotnego, wcale nie kosztem artystów a wręcz przeciwnie, traktując ich jak partnerów. Ale jasne jest - każdemu wolno i nie obrażam się, raczej w poczuciu pewnej bezsilności sam siebie pytam, po co...
Jeszcze jedna kwestia związana z tekstem ŁM i Kościołem zawłaszczającym ideę awangardy - dzięki poszukiwaniom w celu uzasadnienia niedorzeczności tej tezy przypomniałem sobie fantastyczną książkę Janusza Boguckiego "Od rozmów ekumenicznych do Labiryntu". Wydana w 1991 przez CSWZUj jest nie do przecenienia źródłem wiedzy o działalności Janusza Boguckiego i jego pracy w obszarze relacji sacrum-profanum w sztuce. Podsumowując relacje artyści - KK w latach 80. autor pisze: "...wielu twórców garnęło się w latach 80. do kościołów nie tylko ze względów moralno-politycznych, ale również w poczuciu, że twórczość powracając do źródeł wiary doświadczy wewnętrznego oświecenia (...). Ale to się na razie nie sprawdziło. (...) głównie dlatego, że wśród ludzi Kościoła zabrakło osób mogących wyjść naprzeciw wspomnianym tu intuicjom i oczekiwaniom". 
Generalnie trochę mi się już nie chce "merytorycznie" odnosić się do manifestu ŁM. W sumie to nawet jestem ciekaw, jak artyści zignorują moją instytucję i będa ją hakować oraz stawiać w "niezręcznych sytuacjach". Jakoś nawet bardzo to lubię, bo niekiedy doświadczam.
Mówiąc szczerze, nasze spory w kwestii instytucjonalności, może i ważne, nieco blakną w obliczu tego, co dzieję się wokół nas. Może po prostu należy być dobrym dla siebie nawzajem, głaskać pieska, wykonywać swoją pracę świadomie i najlepiej jak się tylko da, wiedząc że zawsze można lepiej, inaczej i zgodnie z pulsem czasu. I dla innych, nie dla siebie. To dość proste.

piątek, 12 stycznia 2018

Łukasz Musielak - Prawdy, półprawdy nie nieprawdy o rzekomym zmierzchu instytucji.

Miała tu być odpowiedź na odpowiedzi Iwo Zmyślonego, jeszcze przyjdzie pora - na razie inny krajan. Swoją drogą, zadziwiające, że wszyscy we trzech jesteśmy z Zielonej Góry. Czyżby wpływ historycznych Sympozjów "Złotego Grona"? (żart).



To jest post na moim blogu - pozwolę więc sobie nie stosować się do zasad felietonu albo oficjalnej polemiki i po prostu opowiedzieć, jak bardzo jestem wkurzony tekstem Łukasza Musielaka w internetowym Szumie. Napisz w Szumie - dyrektor się odezwie, można by strawestować popularne porzekadło, ale poziom niewiedzy i naiwności, przemieszanych w w tym tekście, przekracza jednak moją zdolność zachowywania pobłażliwego milczenia, którą w sobie jakimś czas temu wykształciłem. Pozornie wszystko wydaje się przepojone dobrą wolą - autor postuluje przywrócenie figury niezależnego artysty, który dzielnie, dzięki posiadanym umiejętnościom i głębokim przekonaniom kontestuje system i "uzdatnia rzeczywistość" oraz powraca do wartości "prymarnej" jaką jest "prywatność". Nie będąc artystą wizualnym a wykładowcą i krytykiem Musielak wygłasza manifest sugerujący młodym artystom zasady postępowania. Jest to o tyle interesujące, że będąc nauczycielem na Akademii Sztuki musi brać pod uwagę wpływ swojej publicystyki na swoich studentów. O ile wykładowcy mają go z klucza oczywiście. Ale czemu nie, te postulaty, naiwne, anachroniczne i zabawnie nieprzystające do rzeczywistości mogą być przynajmniej punktem wyjścia do dyskusji na terenie akademii, nie tylko szczecińskiej. Inna rzecz, że może po prostu trzeba dać studentom do przeczytania książkę Patrycji Sikory "Krytyka instytucjonalna w Polsce w latach 2000-2010", wydaną zresztą przez instytucję, bo galerię BWA we Wrocławiu. Nie wykluczam, że jest w zestawie książek zalecanych przez Łukasza studentom, zastanawiam się więc, co nim kieruje, kiedy swoim tekstem z mozołem wyważa dawno otwarte drzwi. Pal bowiem diabli postulat "olewania sieciowych instytucji" albo też hakowania i narzucania własnych zasad - to nawet może być i bywa ciekawe i odświeżające. Gorzej, że nasz manifestant nieznośnie wypowiada się nie w imieniu własnym a generalizuje, próbując stwarzać wrażenie, że wypowiada prawdy ogólnie zaakceptowane.
Nie kwestionuję konieczności dyskusji, wręcz przeciwnie, doskonale wiem o jej nieodzowności, warto by było jednak prowadzić ją na uczciwych zasadach. Może bym i się w ogóle nie odzywał, gdyby Łukasz pisał od siebie - myślę, sądzę, uważam. Pisze jednak tak, jakby jego rewelacje były już ogólnie znanym stanem rzeczy. Rzecz w tym, że wystarczy dokładnie przyjrzeć się historii polskich instytucji sztuki, by jasno zobaczyć, iż o żadnym zmierzchu nie ma mowy. W takiej formie, w jakiej obecnie jest, system ten funkcjonuje od niespełna 30 lat i próbuje okrzepnąć, wypracowując jednocześnie optymalne sposoby działania. Niestety, brak wiedzy i umiejętnego korzystania ze źródeł skutkuje takimi lapsusami, jak choćby zdanie o "zawłaszczeniu idei awangardy przez Kościół w latach 80." Jeśli autor myśli tu o udzielaniu miejsca na nieinstytucjonalne wystawy, to nie ma to nic wspólnego z jakąkolwiek awangardą. Było to po prostu udzielanie azylu. Są na ten temat źródła a także pamięć współczesnych.
Ogarnia mnie głęboki smutek, gdy czytam o "dyletanctwie i hipokryzji ekspertów". Ja oczywiście rozumiem nastrój rewolucyjny. Jest wokół i wszyscy go doświadczamy, rzecz w tym, że nie spodziewałem się (albo spodziewałem, OK, nie ma już rzeczy których można by było się nie spodziewać), że na łamach "Szumu" przeczytam coś tak jednoznacznie wpisującego się w narrację o sędziach kradnących spodnie. W dodatku popartego historią o werdykcie jednego konkursu malarskiego, który nie przyniósł aż tak potwornego efektu jak chciałby Łukasz. Wysnuwanie wniosku o kompromitacji instytucjonalnego rozumienia sztuki na podstawie takiego a nie innego werdyktu konkursowego jest rozbrajająco nieuczciwe.
Nie, żebym miał syndrom oblężonej twierdzy, ale ten tekst jest nie tylko zapalczywie rewolucyjny, ale dotkliwie uderzający w ludzi oddanych swojej pracy i w dodatku osiągających w niej doskonałe rezultaty. W sumie szkoda, ze Musielak tak odważnie, jak postponuje Sebastiana Kroka, czy Janę Shostak, nie krytykuje władców instytucji. Daleko mu w tym do Andrzeja Biernackiego, ale oczywiście czekam na stały felieton naszego krytyka w Szumie, w którym będzie demaskował nasze upadłe autorytety. Mówiąc poważnie, to się właściwie niczym nie różni, może poza faktem, że AB uwielbia jeszcze żonglować liczbami. Kompletnie jest dla mnie niezrozumiałe, że Łukasz wypisuje swoje brednie akurat w tym momencie historii naszego kraju, w sytuacji, w której złowieszcza moc instytucji jest mitem używanym jako narzędzie walki politycznej. Nie chciałem tego akurat przykładu udostępniać, ale proszę: w gruncie rzeczy konkluzje tekstów z Szumu i z Gazety Warszawskiej są tożsame. Poczytajcie uważnie. Argument ad hitlerum, który tu zastosowałem, nie jest niestety znikąd - relacja instytucji i władzy jest oczywiście dużo bardziej dziś skomplikowana, rożnie się ma w stolicy a inaczej na prowincji, ale pozostaje faktem, że podmiotowość instytucji jest ciągle narażana na ograniczanie.
Dochodzi do tego jeszcze kompletna nieznajomość zasad działania instytucji i postulat instytucji-performera, który w swej radosnej dezynwolturze nie bierze do wiadomości faktu, że jest to także zakład  pracy, w którym należy respektować prawo pracy, ustawy o rachunkowości, org i prow działalności kult, związkach zawodowych itd. Wbrew pozorom to nie są rzeczy mniej ważne, np. dla personelu niemerytorycznego, który przecież wnosi swój istotny wkład do całokształtu działania jednostki.
W stabilnej sytuacji społeczno-politycznej tekst Łukasza mógłby być jednym z elementów rozmowy o instytucjach, dzisiaj jest jedynie kolejnym, po kuriozalnym tekście Kuby Banasiaka, będących emanacją własnych egzotycznych przemyśleń dywagacji Sławomira Marca, wiecznych pretensjach Iwo Zmyślonego wyrazem tajemniczej jak dla mnie tendencji do nadawania instytucjom mocy, której większość z nich, ze względów wizerunkowych i finansowych po prostu nie posiada. Ale dobrze - jeśli nawet, to (choć nie jestem obiektywny) wykorzystywanej w dobrej wierze a nie dla załatwiania jakichś własnych, tajemniczych interesów.
Wracając jeszcze do lat 80. o których niestety Łukasz nie ma najmniejszego pojęcia - Gruppa, Koło Klipsa, Luxus czy Łódź Kaliska szukały "trzeciej drogi" bo instytucji w dzisiejszym ich rozumieniu i formie  po prostu nie było (z małymi wyjątkami, jak np. BWA w Lublinie, gdzie Gruppa  miała wystawę już w 1984 roku). Po roku '89 jakoś artyści ci nie mieli z tym problemu, nie dlatego, że już byli klasykami, tylko dlatego, że to instytucja daje artyście możliwość realizacji wszelkich założeń, możliwych fizycznie do spełnienia.
Każde właściwie zdanie tekstu Łukasza Musielaka można by zweryfikować a przynajmniej zanegować nadawany mu przez autora pozór obiektywności. Martwię się tylko, że to wszystko zostało napisane z dobrej woli, z myślą, że przecież chodzi o sztukę, artystów, niezależność, uczciwość. Radzę autorowi zapytać artystów z Białorusi, Ukrainy, czy właściwie  wszystkich krajów postradzieckich a szczególnie z Węgier jak to jest, nie mieć prawie instytucji. To może też słaby argument, ale to nie jest prawdziwa polemika, to jest wyraz wkurzenia na niezrozumienie, nieuctwo, niesprawiedliwość i nieumiejętność wyczucia pory, kiedy coś należy (kiedy czegoś nie należy) robić.

niedziela, 8 października 2017

Z drugiej strony  barykady, w nocy gdzieś między Waszyngtonem a Chicago.

Nie czytajcie tego tekstu, prosze, jeśli nie pracujecie w muzeum albo w galerii, albo w jakkikolwiek sposób nie uczestniczycie w polskim ćwierćwiatku sztuki.

Prawie jednocześnie pojawiły się w internetowych portalach o sztuce dwa teksty, pisane z różnych (chyba) pobudek ideowych a jednak bardzo bliskie sobie w rewolucyjnej retoryce i poczuciu reformistycznego zapału do zmiany sposobu funkcjonowania polskich instytucji sztuki. W samej idei  zmiany nie ma oczywiście nic złego, należy docenić wszelkie dobre chęci, jeśli oczywiście wierzyć,że intencje naszych rewolucjonistów są czyste. Spróbuję jednak, jako osoba całkowicie zaprzedana idei instytucjonalności, stojąca w jakimś sensie po drugiej stronie barykady, przeanalizować oba teksty; oczywiście subiektywnie i stronniczo. Nie mogę mieć obiektywnego spojrzenia, prowadząc małą i na prowincji, ale jednak instytucję. Nie twierdzę przy tym, że polski system instytucji wystawienniczych jest idealny, sądzę jednak że zmian na podstawie pomysłów obu autorów wykonać się nie da.
W wypadku Sławomira Marca, który jest artystą i nauczycielem akademickim sprawa wydaje się dość prosta. Od wielu lat prowadzi on krucjatę nieledwie przeciwko art worldowi, zarówno polskiemu jak i globalnemu, usiłując wprowadzić do naszej dyskusji o sztuce pojęcie autonomii jako prostego zaprzeczenia tego wszystkiego, co najczęściej pokazuje się dziś w galeriach. Autonomiczne wg Marca jest więc to, czego nie ma w Zachęcie, CSW, MSN i paru jeszcze galeriach „zależnych” (tak, wiem że miał wystawę w Zamku i na Foksal). Jako, że nie ma tam również jego wystaw (tak wiem, że miał), definicja niezależnej sztuki jest stosunkowo prosta – jest nią ta, uprawiana przez niego i wszystkich tych, którzy czują się wykluczeni, odrzuceni i pomijani. Jest to jeden z wariantów bardzo obecnie silnego akcentowania konieczności rozbicia istniejącego jakoby układu mafijnego, w którym capo di tutti capi jest oczywiście Anda Rottenberg (tu główną tropicielką jest Monika Małkowska); z kolei Andrzej Biernacki stawia na Trzygłową Hydrę FGF jako źródło wszyskich nieszczęść, jest także nurt koncyliacyjno-agonistyczny, przypisujący karygodną niechęć do dialogu wszystkim pospołu dyrektorom – tu głównym teoretykiem jest Iwo Zmyślony. Jest oczywiście „Arteon”, którego wszyscy naczelni dotychczasowi i obecna naczelna, cały polski świat sztuki uważają za przeżarty rakiem lewactwa. Właściwie to już tylko krok, by Piotr Bernatowicz oficjalnie wypowiedział magiczne zaklęcie „sztuka zdegenerowana”; sądzę że właściwie to się już stało, choć nie wprost i tylko z ust jego protagonistów.
Tak naprawdę jednak jest to wszystko mało istotne, w sensie polemik i także to, co teraz piszę po drugiej strony  barykady, w nocy gdzieś w Pensylwanii na stoliku w pociągu. Zbierałem się do tego tekstu bardzo długo ciagle zapominając, że to tylko mój blog, że nie muszę zachowywać zasad dyskusji, bo po prostu mówię od siebie.
Zresztą, to co piszę i tak nie ma znaczeniania jako wymiana poglądów, bo czy to się komuś podoba czy nie, ciagle jeszcze nasi artyści są częścią obszaru sztuki świata i dyskusja, czy bez piękna to nadal jest sztuka, jest rozczulająco nieadekwatna do praktyki. Jednak wszystkie te teksty złożone razem dają antologię, która może posłużyć lub już służy jako podstawa do dokonania radykalnego usunięcia polskich instytucji sztuki z systemu świata sztuki, w którym prawie wszystkie znalazły się stosunkowo niedawno, będąc na jego obrzeżach może, ale jednak. Po to, by mogły realizować tu, na miejscu, określone zadania ideologiczne. Przy okazji będą pokazywać to, co poprawnie nijakie, nie budzące wątpliwości, ani dyskusji. Na Węgrzech to się już stało. Nie jest niemożliwe. Nie, jasne, świat sztuki albo już nie istnieje, albo radykalnie się zmienia. Tak, ja też czytałem Arthura Danto, tylko po polsku, no ale jednak. Tak, to nie jest jedyny model funkcjonowania sztuki i wiem, że emocja, pasja, bezkompromisowość, niezalezność to atrybuty sztuki niezbywalne. Wiem, że jesteśmy wszyscy skorumpowani przez rynek. Rozmawiamy jednak o konkretnym tu i teraz a nie konstruktach myślowych.
Marzec postuluje rozwiązanie centralnych instytucji wystawienniczych, nie doczytałem, czy chce także likwidacji Muzeum Sztuki w Łodzi i innych niewarszawskich a dużych galerii. Miałyby w to miejsce powstać małe miejsca, których program realizowaliby sami artyści a także eksperci z innych dziedzin. Nie wiem, co powiedzieć, nawet się nie domyślałem, jak bardzo jestem konserwatywny, nie wyobrażając sobie w ogóle takiego systemu. A może jednak lubelski profesor kpi i żartuje? Może prowokuje do niezbędnej wg niego dyskusji? Niestety mam dziwne wrażenie, że to jest całkiem na poważnie. Że taki właśnie ma być nowy rozdział w historii polskiej sztuki. Rewolucja. Skoro klasyk rozbijania elitarnych systemów powiedział, że nawet kucharka powinna umieć zarządzać państwem, jaki problem, żeby zabrała się za prowadzenie galerii sztuki?  Btw. nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zacząć gotować w restauracji i tym się może różnimy ze Sławomirem, że ja nie umiem a on nie widzi w tej kwestii najmniejszego problemu. Że wystawy będą złe? A jakie to ma znaczenie w obliczu Rewolucji? Ciekawe przy tym czy autor tej idei ma pomysł, jak to rozwiązać technicznie? Zachęty i Zamku Uj zburzyć się nie da, no ale na te małe galerie to podzielić ściankami z kartongipsu albo OSB? Fundusze dzielić z dotychczasowego budżetu czy każda mała galeria będzie występować o nie oddzielnie? A eksperci będą wynagradzani czy raczej prace społeczne? Dotychczasowi pracownicy zostaną, czy raczej na bruk (o dyrektorów nie pytam bo to jasne akurat).
To w sensie konstruktu intelektualnego ciekawe w sumie, do tego jeszcze zakaz tworzenia galerii większych niż powiedzmy, sto metrów kw. Ustawowy. Masa regulacji, ale też Sławomir jako intelektualista (bez ironii, naprawdę) jest w stanie podołać.
Nieco inna sprawa to tekst Jakuba Banasiaka w Szumie. Jak pisze autor, jest to wersja jego wystąpienia z ostatniego kongresu kultury zorganizowanego przez MKiDN. Być może jest to kolejna prowokacja do dyskusji o stanie polskich instytucji sztuki acz zachodzę w głowę, jakie są intencje w idei recentralizacji. Jako autor wielu tekstów dotyczących systemu polskiej sztuki Banasiak teoretycznie temat zna. Odnoszę jednak wrażenie, ze nieco się przechwala wiedzą praktyczną. Myślę nawet, że to wiedza zupełnie teoretyczna. To nie zarzut, po tej stronie barykady więcej widać, acz teoretyczny tylko ogląd daje pewnie więcej obiektywizmu. Ok, autor nie postuluje likwidacji, utyskuje nawet, że wskutek reformy samorządowej kilka co najmniej galerii zniknęło. Wykłada zresztą dość przekonywująco, że liberalna reforma samorządowa dla galerii była rozwiązaniem złym, dla instytucji kultury generalnie. Chciałbym mu jednak przypomnieć, że już po reformie powstały nowe, może nie w jakichś niezwykłych ilościach, ale jednak. To proces i to w kraju od niedawna dopiero w miarę stabilnym ekonomicznie. Zgadzam się oczywiście, że sztuki wizualne są w wielu miejscach na końcu zainteresowania lokalnych władz bądź nawet poza nim, pozostaje pytanie, czy zmieni się to po podporządkowaniu ich Ministerstwu i czemu właściwie miałoby się to stać?! (przy okazji, co to są te fregaty od których prezydenci wolą sztuki wizualne, regaty może?). Miałyby być całkowicie niezależne od lokalnych uwarunkowań? Skąd więc postulat 25 % wystaw lokalnych artystów? Przekomicznie przypomina on mityczny czy nie, ale prawdopodobny nakaz z dawno słusznie minionych czasów o dopuszczalności jedynie 15 % abstrakcji na wystawach zbiorowych. Kwestia przejrzystości konkursów podnoszona jest od dawna, pytanie tylko, jakimi to sposobami spowodować wybranie najlepszego…Oczywiście jako przywołany bezimiennie przez Kubę wieloletni zastały dyrektor nie piszę tu bezinteresownie. Mam jednak wrażenie ze moje koleżanki i koledzy, od wielu lat uprawiający przemoc symboliczną na artystach (ironia), ciągle jeszcze dużo lepiej prowadzą swoje niedoinwestowane, lekceważone, ubogie instytucje, niż Banasiak o nich pisze. Autor domaga się wprawdzie większego dla nich szacunku, od lokalnych władz, ale jak to osiągnąć, już nie doradza. Kuba pisze jeszcze zdanie dziwne, kuriozalne i totalnie niekonsekwentne w kontekście całości - twierdzi, że "dobre" galerie są takie dzięki kadrom a nie rozwiązaniom systemowym. Bardzo bym chciał, żeby mi pokazał jakiekolwiek muzeum, jakąkolwiek galerię na świecie, która byłaby ważna i dobra dzieki rozwiązaniom systemowym a nie charyzmatycznym a przynajmniej kompetentnym dyrektorom i profesjonalnym pracownikom.
Obaj autorzy choć z innych pozycji, lekceważą instytucje a przede wszystkim ich pracowników. Mimo, że wiedzą o wszystkich problemach i ograniczeniach ich działalności, proponują mgliste rewolucje, nie biorąc pod uwagę zaangażowania, samokształcenia, umiejętności większości ich pracowników (pal diabli dyrektorów), robiących tę pracę za pieniądze śmieszne raczej. Naiwna przy tym wiara, że zmiana strukturalna zmieni mentalność i poziom uczestnictwa w kulturze, nie jest niczym objaśnialna u osób tak inteligentnych. Pozostaje tylko wietrzyć spiski, no ale to też głupie.
W czasie mojej krótkiej wizyty w USA widziałem tłumy przewalające się przez wielkie muzea, widziałem tez puste topowe galerie prywatne, ale bywało tez w nich wielu widzów jak na absolutnie wspaniałej wystawie Kary Walker. Rynek niszczy czasem tak samo często, jak buduje.
Mam wrażenie, ze obaj krytycy systemu nie wiedzą, o czym piszą. Tak naprawdę chcą jakiejś mglistej zmiany, nie zastanawiając się nad sensem. Rewolucyjny Marca i reformistyczny Banasiaka zapały spotykają się w myślowej pustce ich nieadekwatności do ponurych realiów ekonomiczno-społeczno-politycznych.
P.S. Pod tekstem Sławomira Marca jest długi post Andrzeja Bonarskiego, jeśli chcecie się dowiedzieć, jak to jest upaść intelektualnie, to przeczytajcie. Zasługi autora dla polskiego rynku sztuki w postaci ożywionej dilerki i zbieractwa dzieł artystów lat 80. są niekwiestionowalne. Książka "Co słychać" wydana przez niego to skarb i lektura obowiązkowa (oczywiście dzięki Pani Maryli Sitkowskiej). Ale to, co wypisuje teraz, to farmazony i starcze ględzenie niestety. Na szczęście nikt już sobie mam nadzieję z tego nic nie robi.
Tu jeszcze dygresja - kiedyś w życiu nie pozwalałem sobie na szarganie autorytetów. Mój nabożny stosunek do Bonarskiego marszanda, pisarza i kolekcjonera po jednym takim tekście pozwala mi jednak napisać to, co napisałem. Pierdolety, pozbawione jakiegokolwiek umocowania w rzeczywistości. Jesli ktoś pisze, ze polskie galerie sa nikomu niepotrzebne to w nich nie bywa, nie wie, nie chce mu się. Jeśli obraża wszystkich młodych artystów to znaczy, że przytrafił mu się syndrom "kiedyś, to panie dzieju bywało..." I nie mam już autorytetów generalnie i nie boję się nikogo obrażać, bo mam 56 lat, brodę i jestem długoletnim dyrektorem, co to blokuje młodych. A co się będę. No dobra, jest dla mnie autorytetem Jerzy Ludwiński, ciągle i już tylko on. Bo wiedział, że nic nie jest w sztuce zatrzymaniem na zawsze, choćby dlatego.

wtorek, 26 września 2017

Nie brookliński most

Oczywiście niektórzy z Was wiedzą, do czego tu czynię aluzję i automatycznie dośpiewują albo dopowiadają "...ale przemienić w jasny nowy dzień najciemniejszą noc, to jest dopiero coś". Pozostaje faktem, że jest, wisi, idzie się nim w niezłym tłumie, uważając na rowerzystów. Kłódek wieszać nie wolno. Wcielenie modernistycznego marzenia o łączeniu także metaforycznie. Wzdragam się przed użyciem słowa "piękny" ale też jest w nim coś takiego, że tylko Ktoś, kto naprawdę umie słowem pracować może go opisać. No i to co pod nim, park Brooklin Bridge i Dumbo, gdzie trafiłem na sesję fotograficzną pięknego tancerza. Tu jest niemanhattan, melancholijnie nieco i wolniej, zgentryfikowana posindustrialna przestrzeń z koroną w postaci luksusowego centrum handlowego przerobionego z magazynu portowego. No i odnawianie zanikłej kiedyś populacji ostryg, pieski duże i małe, idylla nieco. Dzisiejszego poranka pyszne też drożdżówki w chińskim barze a potem Grand Central, odnowiony chyba całkiem, wszystko lśni i śni sen o dawnej potędze kolei. I te małe banany co je najbardziej lubię.

poniedziałek, 25 września 2017

Nie umieć w ny.

Miało być więcej a wychodzi jak zawsze, staram się, ale sami widzicie. To nieprawda, że Nowy Jork jest nieopisywalny. To tylko kwestia umiejętności, samozaparcia, chęci a u mnie wszystkiego ciut przymało. Dla mnie więc jest taki. Kiedy teraz próbuję, raczej przychodzą mi na myśl zapachy, które bardzo trudno opisać a ja już znam kilka co najmniej ich tu rodzajów, niezbyt miłych może, ale jakże specjalnych. Kurz, asfalt, nagrzany beton, ryba, owoce, słodko i gorzko. Raczej mocno. Jeszcze też nie znam wszystkich za bardzo. Ostatnie dni to miły czas z Klemens i Krzysiem a także z Eweliną i Andrzejem. Dziękuję Wam za miłe wieczory. Byłem dziś przez chwilę na Brooklinie, już wieczorem
i wpadłem do bardzo miłek księgarni, gdzie dużo książek o sztuce i pan, który pisał na maszynie do pisania. Musiałem pojechać do NY, żeby usłyszeć ten dźwięk, który ciagle tak dobrze pamiętam. A na Art Book Fair w PS 1 masa różnych wydawnictw, od zinow, które jakby spadły z lat 80. s zupełnie nowe do rozczulajacych zabytków w postaci egzemplarzy LEF-u albo japońskiego wydania
"O duchowości w sztuce" Kandinskiego z 1924 roku. Właściwie cały czas coś bym chciał opisać lub opowiedzieć, ale w komórce to jakoś mi nie idzie za łatwo. Dużo jeżdżę metrem, nie licząc turystów, NY w metrze raczej śpi, dosypia, odpoczywa i prawie wszyscy w telefonach, łącznie ze mną, ale ja najczęściej sprawdzam, czy dobrze jadę. No i czytam teraz (dzięki Legimi, chwała wam, internetowe wypożyczalnie) adekwatną lekturę - Margo Jefferson "Negroland" o narodzinach czarnej klasy średniej. Pasjonująca i pouczająca lektura szczególnie gdy widzę, że przytłaczająca większość klasy ciężko pracującej jest czarnoskóra.
I jeszcze chwila wyjaśnień do poprzedniego wpisu. Przepraszam wszystkich moich bliskich i dalekich, którzy poczuli się urażeni moim sentymentalnym użalaniem się nad sobą. To nie o Was chodzi, kochani, to we mnie jest czy może było to dziecko, które wielce się dziwi, że świat go nie podziwia, nie nagradza i nie hołubi za sam fakt istnienia. Że niekoniecznie wszyscy muszą go uwielbiać, bo on przecież dobrze wie, jaki jest mądry i fajny. To nie o Was było, drodzy, to o mnie tylko.
Nowy Jork nie śpi, ja zasypiam. Zdjęcia niestety na fb bo tu mi za trudno.

piątek, 22 września 2017

Autumn in New York

Kilka dni w NY trudne do opisania. I zdjęcia tu trudno umieścić, wiec też do pokazania. Więc było klasycznie-MOMA, Guggenheim, MET. We wszystkich spotkania z doskonale znanymi
Znajomymi, trochę wzruszeń (bo jednak przypominają się dziecięce fascynacje Miro, Celnikiem R.
Van G.) ale i olśnienia, bo jednak Matisse to był malarz skończenie genialny. Okropna wystawa
o francuskim symbolistach spod znaku róży i krzyża po raz kolejny przekonała mnie o nędzy
tego obszaru w sztuce, nędzy smutnej i niedozniesienia. Ale np. F.L. Wright to wielki architekt był a projekty "typowego amerykańskiego domu" działają do dziś i powinny zawstydzać naszych mistrzów rajzbretu. Sporo tez rzeczy nieturystycznych-kawałek Quinns z mnóstwem chińskich sklepów, salonów masażu, barków itp. Przed MET przed deszczem obserwowałem pracę ochroniarza, który bez przerwy ustawiał ludzi wchodzących i wychodzących z niezachwianym i stoickim spokojem.
Byłem też w Bronx Museum of Art, całkiem dobra wystawa i całkiem pusto. No i pojechałem na grób Billie Holiday. Nie jestem jakimś czułostkowym przygłupem, ale jednak musiałem to zrobić. Kiedy 42  lata temu usłyszałem ja pierwszy raz w audycji Henryka Cholińskiego wiedziałem, że nie przestanę tego słuchać nigdy. Audycję miałem nagraną na szpulowy, słuchałem jej w kółko i kiedy po latach kupiłem sobie wszystkie chyba jej nagrania, niektóre znałem nuta po nucie. Na cmentarz St. Raymond jechałem długo, też autobusami, których używania musiałem się nauczyć. Trafiłem na grób dość szybko, trochę kamieni, trochę zeszłych kwiatów, położyłem moją lilię, bo nie było kamelii i nie było jakiegoś niezwykłego wzruszenia albo łez. Byłem tu bo w końcu musiałem zamknąć coś, co zaczęło się jak miałem 14 lat i nie tyle, ze się skończyło, ale przecież powoli kończy.
W jakimś sensie podróż ta przebiega pod znakiem ostatecznej już konstatacji, że nie jestem ani w żaden sposób nie byłem wyjątkowy. Nigdy i dla nikogo. To miasto potrafi o tym dobrze przypomnieć
I jeszcze dziś wieczorem w metrze zaatakował mnie karaluch.

poniedziałek, 18 września 2017

Pierwszy dzień w Nowym Jorku niby na Mannhatanie, ale bez
  turystycznych przeżyć a wręcz przeciwnie. Na kampusie
CUNY. Może nieturystyczne, ale od razu "jak w filmie".
O ile wczorajsza jazda z lotniska by A traine była jak
z typowego nowojorskiego obrazu z obowiązkową czeredką
freaków, o tyle teraz jestem w mlodzieżowym filmie
o współczesnych nastolatkach. Wszystkie rodzaje
ubrań, fryzur, kolorów, wcielenie snu o powszechnym
dostępie do edukacji. Wszystko to w dekoracjach z XIX
tego wieku, przemieszanych z brutalizmem lat 60.
co zaprojektował Marcel Breuer. Gdyby nie Bill,
Na pewno bym tego nie zobaczył, podobnie jak 
zaplecza biblioteki, której bardzo ciekawa historia
tu. U dołu parę zdjęć.  
Piszę sobie na ławce, studenci się przechadzają,
Bronx, który kojarzy nam się filmowo
jest tu zupełnie innym filmem. To na razie tyle,
bo przesunięcie trochę męczy, choć ciepło
i słońce jakoś to wynagradzają.



Panorama połowy kampusu BCC



Wnętrze biblioteki












A tak w środku bo książki już
Od dawna gdzie indziej