wtorek, 22 grudnia 2015

Między dużymi



Tak sobie siedzę między Rosją a Ameryką, mówiąc w sumie metaforycznie raczej niżbym się jakoś na poważnie zastanawiał nad właściwościami obu wielkoludów. Tak to chyba trochę jesteśmy skazani na to miotanie się pomiędzy, kulturowe, behowioralne, każde. Nie ma tu szans na jakieś poważne dywagacje, przeczytałem dziś dwa duże felietony Cezarego Michalskiego, nie czuję się więc nawet w części  kompetentny do opisywania obecnej sytuacji. Niemniej jednak porównanie przemówień pewnego polityka do wrzasku Marsjan z Mars Attack Tima Burtona powinno przejść do annałów polskiej felietonistyki politycznej. I że też ja tego nie skojarzyłem nigdy...Czytam sobie Kobiety Charlesa Bukowskiego i myślę, że to jeden z tych pisarzy, z którymi się utożsamiam bardzo. No, z alter ego pisarskim oczywiście. Mógłbym być Chinaskim, gdyby nie odbyte już pożegnanie z używkami. Powiem może - chciałbym być Chinaskim, no ale trochę tak jak Pilotem Pirxem albo Milesem Davisem, czyli kimś legendarnym, nierzeczywistym, całkowicie poza zasięgiem możliwości stania się. Dla zachęty też cytat o pewnej pisarce, która "...zakładała, że jej życie fascynuje czytelnika w tym samym stopniu. co ją samą, a to śmiertelny grzech." Dlatego tak rzadko ostatnio tu piszę, bo akurat wiem doskonale, że własna fascynacja swoimi problemami nie przekłada się na jej uniwersalizację. Trzeba to umieć, żeby się przełożyła. Amerykańskim tropem idąc, słucham The Centennial Edition Lady in Satin B.H. Miałem kiedyś edycję jednopłytową, z dodatkowymi nieudanymi wersjami, gadaniem ze studia, ale tu jest wszystko. I do tego parę nieznanych mi zdjęć i fantastyczny tekst Sebastiana Danchina o kulturowych sensach tej płyty i jej znaczeniu dla kultury afroamerykańskiej, z czego tak do końca nie zdawałem sobie - jak była ważna. I jak dziś wiemy dużo więcej o tej istotności. Umieram trochę, jak jej słucham, za każdym razem. Przecież nie przez te aranże a kontrast pomiędzy ich sacharynową grzecznością a jej śmiertelnym zmęczeniem życiem, wszystkim, sobą, które tak bardzo słychać. Myślę, że kochałbym ją nawet wtedy gdy ważyła 100 kilo. Choć oczywiście nie byłbym w jej typie ani trochę, wiadomka.
A z tej drugiej strony - przeczytałem w końcu Czasy secondhand Swietłany Aleksijewicz. Jak ktoś chce zrozumieć to, co się dzieje w Rosji, musi to przeczytać, bo nie tyle, że zrozumie, ale przynajmniej będzie naprawdę coś wiedział. Gardło zaciskało mi się cały czas właściwie, bo każda z notowanych przez nią historii (ona po prostu dokładnie słucha a potem nam opowiada, co niby proste a tak niezwyczajne) to jakiś kosmos mieszanki piekła i nieba. I ten upadek internacjonalistycznej utopii ("Dalej, młodzi Słowianie, dalej, Grecy, Hiszpanie, młody Chińczyk do marszu powstaje. Wnet dołączą tu inni, czarni bracia z Wirginii, bohaterscy pospieszą Malaje." z pieśni "Pochód Przyjaźni do słów Edwarda Fiszera), tak teraz dojmujący, kiedy dawni współobywatele zamieniają się w "czarnomordych". Jasne, że na siłę się nie da, ale żeby tak maksymalnie na wstecznym? Rasizm, nawet jeśli świetnie rozumieć jego mechanizmy, jest tak dziś irracjonalny a jednocześnie tak nim łatwo zagrać, niesamowite. W tej książce pojawia się w ogóle mnóstwo odniesień do pieśni i piosenek, ich wagi, przesłania ideologicznego, roli integracyjnej. Zabawne, bo mnóstwo ich znam, choćby dlatego, że nasza nauczycielka rosyjskiego, Anna Iwanowna uczyła nas głównie wojennych...Mój mózg paskudną ma właściwość pamiętania rzeczy niekoniecznych no i pamiętam, w dodatku w oryginale. Tam jest mnóstwo opisów dwójmyślenia, zabitej wrażliwości, narodzin demonów. Niezwykła, wielka książka
o ludzkości, nie tylko o Rosji, choć oczywiście najbardziej o niej. Trudno zresztą o niej pisać, czytajcie.
Kończy się druga płyta z LiS. 
Miło jest nie mieć zobowiązań. Mogę sobie teraz pisać, czytać 3 książki naraz, nie zbierać gazet z podłogi nie mówiąc już o skarpetkach. Rozmawiać ze Zdzisiem, który i tak ma to gdzieś, bo pożarł całą miskę psiego jedzenia i trawi na wznak, no nie, teraz na boku. Jest najzabawniejszym pieskiem na świecie. 
Parę zdjęć do tego niezbornego pisania, mistrz drewnianego pióra atakuje!






Z ulubionym lewkiem.




















Z jęzorem jak często























Znalezione pod wiaduktem





Najgłupsze selfie, jakoś nie mogłem go utrzymać...





















wtorek, 15 grudnia 2015

Przy ukulele

Adam gra na ukulele na klatce schodowej, jest ładny pogłos. Improwizuje bez tematu, dobrze to brzmi, choć  instrument ten wygląda na zabawny. No, ale to kwestia, w czyich rękach. Po koncercie "Nagrobków" próbuję pisać i nie narzekać, choć to akurat zawsze wychodzi mi najlepiej, więc jednak poćwiczę. Trochę was moi mili okłamywałem z tym spokojem i zapomnieniem. Wystarczy moment, małe wspomnienie, jakiś opis sytuacji, gdzie pojawia się ktoś i już zatruty dalszy ciąg dnia. To pewnie wynika z pewności, że już nic się mi nie zdarzy, że dalszy ciąg to już tylko czekanie na nic, że się nie powtórzy, że było nie ma. To nie jest jakiś ból taki niedowytrzymania. To lekko ćmiące pobolewanie jedynie, z pełną świadomością, że raz mniej raz bardziej, ale pewnie już zawsze tak będzie. Czuję się jak Umberto D. nieco, choć to oczywiście inne sytuacje, inny czas, ale to dlatego, że też piesek mały i zawsze żartowałem, że pewnie też tak kiedyś będę.
Nieważne. Nie jest fajny schyłek. Jasne, ja wiem, są starsi, chorsi  i itd. itp. jak to się mało stylowo pisze, żeby nie pisać naprawdę, ale to jest schyłek autorozpoznany dość dobrze, świadomość, że już nigdy nie będzie jak było, tylko można powspominać, znaleźć jakieś namiastki może, przybliżenia z daleka, ale gdyby chcieć nie oszukiwać, to lepiej nie znajdować. Może nawet lepiej nie próbować, siedzieć już sobie w jamie samemu, coś tam robić, poczytać, nie zatruwać nikomu życia swoją niezbornością, niepozbieraniem, kaprysami i złymi nastrojami. Głupotą zwyczajną, nieumiejętnością normalnego życia i złą samooceną. Lepsza już męka radzenia/nieradzenia ze sobą i niech tak zostanie. Nigdy nie będzie tak, jak było i tyle.
Ten przypływ wspomnień nagły trochę złagodził poczucie niedowierzania, które cały czas mam, gdy patrzę na rozwój bieżących wypadków. Dajemy się zjadać, bo się nam wydawało, że już ciepło jest, miło i bezproblemowo, wiec tak będzie. No to nie jest. jak kto głupi, sam sobie winien.

Trochę wspomnień,

To jeden z najładniejszych domów w Zg

Marta i Michał dzielą tort w naszej ulubionej Fundacji.

Z językiem

Dzisiejsze Nagrobki widziane z zewnątrz

piątek, 11 grudnia 2015

Próżność jako motor

W gruncie rzeczy piszę tu często wiedząc, że ktoś to jednak czyta. Ktoś konkretny, znany mi w realności, kto może zrozumieć coś więcej, bo też mnie zna. To silna motywacja. Jednocześnie trochę zwalniająca od odpowiedzialności wyraźnego pisania, uogólnionych uniwersalnych sformułowań, bo można sobie pozwolić na kody zrozumiałe tylko dla kogoś, albo kilku osób. No czasem tak robię, rzadko. Miotam się, mówiąc szczerze, pomiędzy zwątpieniem w sens a radością, gdy ktoś mi mówi, że czyta, że fajne itp. Tak, to próżność, zła cecha, ale dość dynamizująca.
Znów Salon i znów miłe spotkania, czasem dawno nie widzianych, czasem nie tak bardzo. Generalnie trochę może za bardzo szoł, ale tak wyszło. Miało być miło, artystom się należy a i publiczność powinna się czuć, jak u siebie. Choć czasem to szołmeństwo może nadmierne. Zdjęć nie będzie, bo się na naszym FB niedługo pojawią, więc tam zapraszam.
Większa jednak męczliwość i niewiara. Nie będę narzekać, to po prostu kolej rzeczy i właściwie nawet trochę to lubię. Uważna obserwacja czy to, co mówię znajduje zrozumienie i jest sensowne na tyle, żeby młodsi o pokolenie  zrozumieli. Bo przecież raczej ja muszę się starać, nie oni. Zresztą nei wiem. Niewiele wiem i próbuję czynić z tego atut, wahając się ciągle przed zbyt arbitralnym narzucaniem swojego zdania. Jak uczy praktyka, nie jest to może najlepszy sposób postępowania a przynajmniej na efekty działań własnych czeka się długo i niekoniecznie przychodzą. Wiadomo, że krzyk i walenie pięścią w coś lub kogoś daje lepsze rezultaty, no ale nie umiem. Wcale też nie twierdzę, że jakiś lepszy jestem przez to. No tak jest po prostu.
Jutro przyjeżdzają Bogna i Klara i bardzo się ciesze na ten spektakl w niedzielę. A jeszcze wieczorem jutro w Salonach u Marty dużo zdarzeń i mam tylko nadzieję nieco większej dynamiki swojej, bo coś ona gdzieś niedynamiczna za bardzo.
Nie będzie wyznań i wspomnień, w gruncie rzeczy jednak to głupie, nadmiarowo się odsłaniać. Macie zresztą tego pełno w postach sprzed 2 lat. Trochę mi ich wstyd no ale nie będę kasował. Upadek jest spektakularny, gdy pamiętany i jeśli można doń wrócić, choćby tylko był zapisany. Warto z rzadka przypomnieć to sobie, że upadać też trzeba z sensem. Żeby nie powtarzać, trzeba pamiętać.
Takie tam, mądrości zza szafki. W nagrodę film ze Zdzisiem olampowanym. Warty zobaczenia, bo piesek umie.
video


środa, 9 grudnia 2015

Raczej rozpad

Nie bardzo chcę pisać, bo musiałbym jakieś złe rzeczy. Nie będzie o sprawach bieżących,  co tu jeszcze właściwie powiedzieć. Dojmujące jest poczucie bezsilności, braku możliwości dialogu, lekkie niedowierzanie, że to się dzieje. Z drugiej strony przypominam sobie lata 80. kiedy zaczynałem pracować i dobrze pamiętam to nieopisywalne poczucie absurdu, które mi towarzyszyło na każdym kroku. Ale - miało nie być. To wszystko sami przeżywacie, możecie przeczytać w internetach, co ja tu jeszcze mądrzejszego powiem. Jeśli już, to głupszego raczej.  Sporo się wydarzyło, byłem w Gdańsku, po raz pierwszy w ECK, gdzie wielkie przestrzenie, oszklone windy i ciągła refleksja, że obok jest ta Stocznia, której właściwie już nie ma i to jest wszystko pięknie, przytulnie i rośliny takie ładne i toaleta pachnie ale chyba by było fajniej w tych halach, co już tylko ślad po nich. Spotkanie jednakże miłe, Hanna Wróblewska i Anna Nawrot kompetentne kuratorki, wydawałem się sam sobie przy nich jakiś niepozbierany, mówiłem dygresyjnie, biedni ci studenci moi, jak tak przeskakuję z wątku na wątek. Słuchałem tam siebie w bibliotece jeszcze oczekującej na pełne zapełnienie półek, co miłe, stan in statu nascendi  i trochę nie dowierzałem, że tak mówię. I wszyscy, którzy przyszli, uważnie słuchali i było fajnie patrzeć w ich myślące oczy. Ale potem, już w barowych dyskusjach nagle młoda osoba zadała mi pytanie dość fundamentalne - czy jak się TYLE robi, to czy jest czas na jakieś życie prywatne jeszcze. No i zacząłem plątać się w kolejnych nadbudowanych tłumaczeniach, że tak, nie, ale tak i nie i właściwie to oczywiście, ale nie do końca.
Teraz, z perspektywy, myślę sobie, że jednak bardzo byłem głupi i nieodpowiedzialny, że cały czas byłem w pracy a jak nie, to z kolegami w karczmie. I wstyd mi, i wiem, że już nic się nie da odkręcić, wszyscy zranieni i połamani. Teraz przynajmniej nikt nie czeka, Zdziś jest cierpliwy nad wyraz i wybacza mi nieobecności, które zresztą nie zdarzają się zbyt często, bo piesek raczej tu cały czas. Mimo wszystko śmieję się czasem w głos, że go mam. To jakoś trudne do pojęcia, choć oczywiście nie wyobrażam sobie teraz jego nieobecności, ale jednak nie rozumiem z tego nic. I ciągle w głos się śmieję, gdy patrzę na jego zabawne 8 łap, którymi tak szybko przebiera. Ja może już czasem nie lubię towarzystwa. Wydaje mi się, że jakoś niedobrze mówię, nieśmiesznie opowiadam anegdoty, nie do końca czyste mam buty i jakby znów coś trzeba zrobić z włosami. Lepiej więc, jak nikt nie patrzy. Co oczywiście nie takie proste, jak się prowadzi tego rodzaju życie. To się staram.
W Gdańsku jeszcze niezwykła wystawa Agaty Nowosielskiej, o której malarstwie nieraz jeszcze usłyszycie i wspólna Gizeli Mickiewicz i Jaromira Novotnego. Też bardzo ciekawa a obie w Gdańskiej Galerii Miejskiej. Musiałem wyjechać a nazajutrz był pogrzeb Danki Ćwirko-Godyckiej, którą znałem jeszcze z bardzo dawnych czasów, z pierwszego PGS za czasów Ryszarda. Och, nie znoszę tego odchodzenia ludzi, z którymi nigdy nie zdążyłem porozmawiać tak, jakbym chciał. Nie wiem. A nieuniknione - i nie jest to myśl krzepiąca.
Salon Jesienny za chwilę, jakoś polubiłem to spotkanie osób dawno nie widzianych, czasem fajne w budowaniu relacji, które w inny sposób by nie powstały. Też radość jest dotykania i określania prac względem siebie, dialogowania ich i kontekstowania. Rzadko mam taką okazję, to wykorzystuję.
Oprowadzałem dziś  licealne dziewczęta i ich koleżanki z Rosji i Indii po wystawie Kamy Sokolnickiej. To wieloznaczna, wielowątkowa, dostosowana do miejsca i umieszczona w kontekście miasta ekspozycja, o której wolę raczej emocjonalnie, niż rozumowo. No ale tu musiałem i wspinałem się na wyżyny swojego angielskiego i rosyjskiego i prawie mi się udało, gdy nagle wpadł Zdziś i wszystkie moje poważne kwestie utonęły w zachwyconym pisku gości. Ale mówiąc poważnie były ciekawe, dociekliwe, inteligentne i zupełnie niestereotypowe. Takie momenty wracają mi nadwątloną wiarę w sens tego, co robię. Był Zbyszek. Jakoś spokojnie byliśmy, mało, ale ze zrozumieniem.
Teraz trochę zdjęć. 
Jestem tu sam, jak to się kiedyś mawiało.

Takie miejsce w środku miasta, nic nie widać, ale jednak dziwnie








Tak czasem spoczywam


























 
Pozycja rzadka




















 
Jeden z moich ulubionych miejskich pejzaży


















Ważni goście na wystawie Kamy
















 
Kiosek w Gdańsku




















Maszynopis Having a Coke with you ze sławnego numeru Literatury na Świecie z lipca '86 o Szkole Nowojorskiej, z biletem z MOMA na okładce, kiedyś Nie Do Dostania. Zawsze będę pamiętał ten wiersz i nie wierzcie mi, kiedy będę mówił, że nie.



poniedziałek, 23 listopada 2015

Nie ma to jak walka...

Zwłaszcza wirtualna. To żart oczywiście, kpina i drwina. Hucpa i blaga, jak mawia Zbigniew W. Nie będę pisał o sytuacji, to sobie potem poczytacie w rocznikach i archiwach. A i też pewnie ze strachu. Zawsze byłem strachliwy i czy to FB czy życie, raczej przyśpieszałem kroku nerwowo, niż odwracałem się i waliłem w mordę. Przyznaję się i róbcie z tym co chcecie. Ciekawe, jak długo będę potrafił tak się odwracać i nie widzieć. Nie tylko z oportunizmu, to skaza jakaś chyba, wdrukowane długotrwałą indoktrynacją.
To nie jest o tym, ale przypominam sobie tylko i paru osobom znaną historię anabasistyczną, kiedy to ze Zbychem własnie i mrożonkami na kolację w reklamówce przemierzaliśmy coraz bardziej nieprzytomni popołudniowy a potem nocny Poznań. Robiąc rzeczy złe i nieśmieszne, choć bardzo nas wtedy bawiły. Co skończyło się całkiem zasłużonym ciosem w twarz (Zbycha, nie moją, jako że to on stanął przed rzędem wkurzonych ochroniarzy dyskoteki i zakreślił przed nimi niewidzialną linię, grobowym głosem pytając - no i który przekroczy - no i jeden to zrobił) i wizytą na pogotowiu z okrzykiem "Pobicie!". Skojarzyło mi się to, gdy w akcie autodestrukcji oglądnąłem wczoraj, jednej nocy filmy "To nie tak, jak myślisz kotku", "Sztos 2" oraz "Testosteron". Ze wstydem przyznam, że mimo iż były komentowane, reklamowane i kasowe, oglądałem je pierwszy raz. Pewnie z uwagi na nadmiar wydają mi się teraz jednym filmem, napisanym przez paru kumpli przy stole po przypomnieniu sobie kilku numerów ze studiów. Po sporej dawce alkoholu oczywiście, choć po alkoholu pisać (malować, grać itp.) nie wolno a przynajmniej pamiętać trzeba, że nic fajnego się nie osiągnie. Jak to się dzieje, że  filmy Koterskiego albo Smarzowskiego doskonale odróżniam od siebie; co sprawiło, że na Nowych Horyzontach oglądałem różne produkcje po 5-6 dziennie i ciągle je pamiętam? A tu identyczne dialogi, chłopackie picie, suka na suce nie pomagają w oddzieleniu jednego skeczu od drugiego. Jeszcze Testosteron jakoś tam idzie, dzięki swej poetyce brazylijskiej telenoweli, no bo nie dzięki tekstom o Arabie palącym się do kursu lotniczego czy jakoś tak. Ciągle miałem wrażenie, że autorzy tych filmów przedstawiają swoich bohaterów jako kretynów, seksistów, homofobów i niemrawych bęcwałów bez względu na poziom wykształcenia( no bo kobiety są tu tylko sukami i dupami do ruchania, przepraszam, ale tak tam jest. Przepraszam, jeszcze są matki, nietykalne i żony, chyba, że bezdzietne, wtedy złe), ale sami właściwie chcieli by tacy być. Że uwiera ich ten poprawnościowy gorset i chcieliby tak samo. Takimi być, chłopami bez ograniczeń.  Jak to jest, pytam raz jeszcze, że Smarzowski pokazuje świat i wiemy, gdzie jest dystans a gdzie utożsamienie z bohaterem a autorzy powyższych filmów nie umieją się zdystansować. Wiem, wiem, rozrywka, komedia, zabawa, box office, OK. Zazdroszczę im i tak, tego co robią choć nie tego, jak.
Może dlatego wdałem się dziś w idiotyczną pyskówkę na FB z Andrzejem Saramonowiczem, kompletnie nie wiadomo po co, choć teraz już widać, dlaczego.
A może też zmęczenie konferencją, która pokazała, że nasza mała galeria jest w stanie zrobić spotkanie na 100 osób i jeszcze tylko żeby sprzęt trochę lepiej działał... Zadziwiające to i niezwykłe, że poradziliśmy sobie za co dziękuję załodze i wolentarzom naszym wspaniałym.
Zdziś coś tam piszczy przez sen, znalazłem dziś dużo jego starych zdjęć, niepotrzebnie je ogladałem, ale już wszystko we mnie śpi, wszystko ucichło, jest bezpiecznie, jak w tej frazie z filmu starego a tak wspaniałego (pamiętacie ostatnią scenę i jej jednoznaczny hołd dla "Trzeciego człowieka").
Dobranoc Ojczyzno.
A to Marek napisał ze zlości https://www.youtube.com/watch?v=p_4WImWTSs0

W szafce

Dręczenie pieska kołnierzem

Desant gdański - Mikołąj i Krzysztof

Cóż też podadzą?

Pani Dyrektor w kącie

Ks. Andrzej Draguła i Dawid Radziszewski - dyskusje były
na poważnie.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Kristallnacht w ZG


W końcu postanowiłem zrobić, to co zawsze chciałem i poszedłem zapalić znicz  pod kamień przypominający istnienie i zniszczenie synagogi w Gruenbergu. Były już dwa i kwiatki.  Wziąłem ze sobą Zdzisia, łącząc spacer z refleksją historyczną, niewesołą, aktualną niestety i ciągle otwartą. Słabo przerobioną, bo pozornie Kristallnacht to nie nasz sprawa. To Niemcy. W sumie sami sobie, bo akurat tu Żydzi byli bardziej niemieccy niż oni. W końcu jednak okazało się, kto jest Niemcem, kto Żydem, bo innej możliwości nie było. Albo albo, jak mawiał klasyk. Mało ma fotografii a tej akurat nie znałem
Gdyby nie Andrzej Kirmiel to pewnie i tego kamienia by nie było, no ale jest i to ważne. Jak zapomnimy, to trzeba będzie sobie przypominać, aż będzie za późno, jak zwykle. Historia nie jest żadną nauczycielką niczego, musimy się sami uczyć, ciągle. Oto mistrz drewnianej frazy, geniusz banału i lotnik furmanki znowu atakuje. Zadziwiające, jak może mi nie iść pisanie o ważnych sprawach. Zdziś też jest ważny, ale w nieco inny sposób, więc jakoś mi się o nim lepiej pisze. Wczoraj wyrzuciłem ze znajomych kogoś, ktos się źle wyrażał o mojej idei umieszczania pieska na FB. Może to głupie, a może aktem łaski było - w końcu już nie musi tego oglądać.
Słuchanie BH to objaw zły, nadchodząca w takich momentach melancholia może urwać głowę, trzeba uważać, ale jakoś dobrze się czuję w chwilowym przynajmniej spokoju samotnego pisania, słuchania. Jest taki kawałek "There is no Greater Love" z którego pamiętałem tylko początek i długo trwało, zanim się połapałem, co pamiętam. A za chwilę potłumaczę sobie na zajęcia "Management of Art Galleries" Magnusa Rescha a potem do snu poczytam "5 wykładów o kuratorstwie" Wiktora Misiano. W oryginale, zaznaczam. Chwalę się, ale domyślacie się, że jest w tym żart, autoironia i zabawa. Moje zawodowstwo jest takie se. Tak miało być, nie takie sobie, takie se. Niby. Żeby. Trochę. Nikomu niepotrzebne tak naprawdę.
 Ciemno było koło tego kamienia, Zdziś nawet spokojnie sobie stał, kiedy zapalałem ten mały znicz, zniczyk może nawet. Przez chwilę wyobrażałem sobie, jakby została w całości, pewnie byłaby teraz czymkolwiek, nic nie przychodzi mi do głowy, czym akurat w tym miejscu mogłaby być. 



Mój ten najmniejszy
U mamy z Harrym Potterem

Same czarne

Z nieustającego cyklu o zabawnych sąsiedztwach


Śpi





sobota, 7 listopada 2015

Czasem tak, czasem inaczej

Te momenty, kiedy wiesz, ze nie powinieneś. Bo będzie płaczliwie i głupio, wbrew okolicznościom, które wcale takie nie są. Otworzyliśmy bardzo ważną wystawę, tydzień temu też było interesująco, za chwilę duża konferencja, którą zrobimy i będzie świetna! Zawodowo nie mam czym się martwić, nie żeby się chwalić, ale jakoś tak jest. A przynajmniej takie mam wrażenie, może nie mi oceniać w sumie. Piszę to, by Wam pokazać, że tu nie tylko jęki i narzekania mają miejsce. Może  powinienem już przestać.To, co kiedyś było sensem tego pisania zniknęło, więc mam wrażenie, że już nie muszę. Jak w baśni, kiedy bohater traci nagle czarodziejską moc. Dla mnie to pisanie było odnalezieniem mocy, która we mnie drzemała, ale nigdy właściwie się nie obudziła. Ale, jak to moc, musi w końcu zniknąć. Może niepotrzebnie oglądałem dziś Harrego Pottera? Co jest bardzo ciekawym filmem o odpowiedzialnym dojrzewaniu, zresztą.
Nawet te wszystkie dawno noszone koszule nie przypominają już nic, sytuacji, momentów, nic. Chciałem je wywalić nawet, nieszczęsne ochędóstwo, ale jak to byłoby głupie. (Cudownie, że blogger nie podkreśla słowa "ochędóstwo"). Jakże jest to miłym zaprzeczeniem tych wszystkich romantycznych dyrdymałów o nieprzemijalnych sentymentach, jak miło, że tak nie jest. i mogę sobie śpiewać "I'm so lonesome, I could cry" ile dusza zapragnie.
Coś miałem też o sytuacji zewnętrznej, ale co ja lepszego tu powiem, niż opowie dyskusja na wallu Sztucznych Fiołków z Piotrem Cywińskim polecam, bo więcej mówi o tym, co się dziś dzieje, niż cokolwiek. Oczywiście, uprzedzając ewentualne pytania, Sz.F. idealnie w punkt! Tak ze smutkiem sądzę.
Brak motywacji nie wydaje się w kontekście spraw świata jakimś największym problemem, po prostu, jest, trzeba się do niego przyzwyczaić, nosić przy sobie, może nie hołubić, ale się przyzwyczaić.
Dziś dużo zdjęć z ładnymi podpisami.


Zawłaszczania przestrzeni wspólnej ciąg dalszy.
Często tamtędy chodziliśmy, teraz landlord
postawił płot. I wszyscy grzecznie obchodzą i wszyscy
się boją, chyba?

Honza - test Zdzisia na 5+

Teraz już mogę, po wystawie Pauliny, fragment przygotowań,
Karolina z P. przed rzutem!


Uprzejmie prosze o kasztana.

Lukas Jasansky podtrzymuje galerię.

Trzy pokolenia Pań Komorowskich (+Birger)

Adam, Lukas, Martin i Marek - fotografowie fotogeniczni.

Z wizytą u Mamy.

video


niedziela, 1 listopada 2015

Stare papiery

Wertuję stare papiery, patrzę na stare zdjęcia (na dobra, 25-30 lat, to pół życia a świadomego jeszcze więcej, temu stare) i jakoś i tak nic z tego nie wynika,  stare wiersze, listy, jakieś bilety, zaproszenia,  komu to potrzebne, pytam sam siebie i powoli dojrzewam, żeby jednak w ogień, wszystko, sczyścić, nie zostawiać nic, bo też przecież nic tu ważnego, poza jakąś osobistą historią, jakich mnóstwo, niczym nie ciekawszą od innych. Nawet przepraszać się mi nie chce historii mojego życia, taka banalna i oczywista w swojej nijakości i żadności, że niewiele warta, wszystkich Was przepraszam, co się o nią otarliście, że nie ubarwiłem jakoś, nie wniosłem, że w gruncie rzeczy zawsze byłem nudnym, niezbyt lotnym egoistą, którego niewiele obchodziło poza własną, mdłą egzystencją i jej mdłymi problemami. To nawet nie ekspiacja a konstatacja, nie żal a proste stwierdzenie faktu. Ja nie żałuję, niczego i nigdy, i nikomu. Nauczyłem się tego, bo żałość to sentymentalna z istoty przyjemność dłubania w ranie, zdzierania strupa, zamiast poczekać na bliznę. To blizna jest końcem, nie strup przecież. A i tak nic z niej nie wynika, nie łudźmy się, to tylko uszkodzenie skóry, nawet jak pamiętamy skąd się wzięło. Czy za Ojczyznę, czy po pijanemu.
Mało siły, wiele konieczności, Zdziś coś jęczy przez sen, trochę spaceru dziś było porządnego, do mamy i z powrotem. na cmentarzu piękna pogoda i nikogo prawie znajomego nie spotkałem. A potem już wiele godzin nic mi się nie chciało tylko spać przy wtórze familiady i innych łagodnych zakłóceń na płaskiej dość powierzchni rzeczywistości.
Przy okazji ostatniej opowieści o warszawskich zdarzeniach zapomniałem o Warszawie w budowie. 
To taka typowa sytuacja, wydaje mi się, że tak dużo wiem, a potem okazuje się, że już sam sposób wyeksponowania generuje nową wiedzę. Maciej Siuda wykonał niezwykłą zupełnie pracę, fajnie się dowiadywać, że tacy zawodowcy istnieją, przy okazji czuję się wprawdzie kompletnym głąbem, ale co tam, nic tu raczej już nie zmienię. Wystawa powinna być stałą ekspozycją, choć wprawdzie nie w tym miejscu, bo będą burzyć, ale gdzieś, gdzie mogłaby być oglądana, uzupełniana, jak znam życie, to w nowym muzeum Warszawy dużo tego materiału się znajdzie. Po raz kolejny widać, jak dobrze jest znać historię, by zrozumieć teraźniejszość o czym się zapomina jednak ciągle. Witajcie w krainie szczerego banału, tu mistrz.
To już nie będę, emocji jest we mnie mało, zapału jeszcze mniej, zobaczymy co dalej.
Jeszcze nie zorza

Wybitni malarze zielonogórscy średniego
pokolenia od lewej - BB, MJ, JJ.

Nad Odrą, kopanie i wchodzenie do wody
bez pytania

Bez podpisu :)



sobota, 31 października 2015

Śmierć i czarna ziemia




Znów minęło trochę czasu, ale przecież nie było sensu zanudzać Was mało lotnymi refleksjami o stanie zdrowia czy przemyśleniach, jakich wiele.
Analiz sytuacji politycznej macie wszędzie nieprzeczytalne (są czasem niepoczytalne) ilości. Tedy ani o polityce nie będzie, ani o aktualnościach, o artykułach z popularnych pism też nie będzie. Waham się, żeby nie powiedzieć, że nic nie będzie. Wystarczająco mam mało czasu, żeby go sobie jeszcze zajmować pisaniem nieistotności.
Po "Miastach śmierci" Mirosława Tryczyka czytam, żeby się już dobić zupełnie, "Czarną ziemię" Timothy Snydera. To niezwykle ważna książka, niepokojąco aktualna w rozważaniach o roli państwa
i koszmarze jego braku. W gruncie rzeczy wszyscy to wiemy - idą chłopaki we flyersach i sami siebie pytamy, kiedy policja zamiast ich dyscyplinować, stanie z nimi ramię w ramię. Dobra, miało nie być o aktualnościach. Będzie o historii znowu, którą mi przywołała ksiązka Tryczyka, ale nie dziś. Jakoś jednak nie mogę, teraz, może jest za późno, może kolejne strony internetowe miast, w których żydowska historia nieobecna, albo obecna w jednym zdaniu, budzą we mnie zwykłe mdłości. Następnym razem, wcześniej i z większą odpornością.
 Nie pisałem zupełnie o ostatnich warszawskich wizytach galeryjnych, bo dużo by trzeba a wena jakoś się nie pojawia, opinie głupawe, że Zdziś by lepiej opowiedział. Na "Spojrzeniach" jak zawsze towarzysko fajnie, dużo rozmów, miłych i bardzo miłych spotkań, żadnych tam środowiskowych zawiści, bardzo mnie jakoś podniósł na duchu ten wernisaż. Właściwie to jednak wybór artystów (do którego się przyczyniłem) był tak trudny, że ekspozycyjnie prosiło się o jakąś architekturę, tak mi się zdawało, ale też może nie mam racji. Ja dość często jej nie mam, no to się niekiedy pytam, bo mi nie wstyd. Werdykt trochę odgadłem, a trochę jednak myślałem, że jak zawsze w tym konkursie jest nieprzewidywalnie...Poza tym nareszcie jestem zupełnie pogodzony, absolutnie spokojny i w pełni przekonany o całkowitym zamknięciu przeszłości. Miłe uczucie, spokój i żadnej już żałoby. Żadnych wspomnień nawet.
W MSN Julius Koller i Zofia Rydet, wystawy absolutnie w punkt pod każdym względem, wielka to jest radość mieć w Polsce takie muzeum. Koller rozbawił mnie swoim sportowym przechyłem, ale też po raz kolejny pokazał mi, jak mało wiem o sztuce swojej okolicy. Nawet ZR monumentalnie pokazana rozjaśniła mi się w swojej jednak, co tu mówić, wielkości; pewne rzeczy się wie, a jednak naprawdę się wie w momencie unaocznienia.
 Zdziś ładnie je, po koloniach trochę przez jakiś czas smutny i chyba stęskniony, ale teraz już leży znów objedzony, bezczelny trochę we wskakiwaniu na łóżko i co jakiś czas tylko podnosi głowę, czy wszystko dobrze. Jesteśmy po spacerze, wszystko jest właściwie w harmonii późnej nocy, spokojny ciepły wieczór, udana wystawa Małgorzaty (która musiałaby się podobać Jolancie Brach-Czaina), lekkie posapywanie psa, światła lamp, pewność jutrzejszego poranka.






Portret bez kła


Julius Koller, tenis stołowy jako wolność



Julius Koller - znak firmowy
Monumentalna Zofia R.


















Jedno z ciekawszych wnętrz Zapisu - dwa dziwne obrazy,
książki.

Griszka pije wodę

Celebryci polskiego artwordu

No i po empiku, jak myślałem, tera drogeria

In red

Paulina i Karolina przygotowują jeden
z eksponatów wystawy P. w Muzeum.
Nie mogę pokazać jaki, przyjdzie na to czas.


środa, 14 października 2015

FB nie jest prawdziwym zyciem

Zbyt szybko przyzwyczaiłem się, że FB jest naprawdę. Tak, w jakimś sensie jest, ma swoje konsekwencje, ale też poza nim jest życie, całkiem nawet żywe i przecież podobne. Miotam się pomiędzy chęcią olania tej pojawiającej się na ekranie ohydy cuchnącej żółcią nienawiści, czasem nawet w zupełnie niespodziewanych ustach a świadomością, że w realu też tak jest, równie obrzydliwie i groźnie. Po raz pierwszy od bardzo wielu lat czuję totalną bezradność wobec przyzwolenia na jawną nienawiść. To przyzwolenie jest już normą i utyskiwanie - cośmy ze sobą zrobili jest już lamentem nad "stało się!"
Niby wiemy, czym się to skończyło, a jakby nie wiemy.
Może jednak ograniczyć sobie FB. To w realności jak najbardziej umarł Konrad i to jest jedna z tych zupełnie niezrozumiałych spraw. Pamiętam, jak sprał mnie w ping ponga w Salonach i że zrobił to tak radośnie i bez problemu, że przyjąłem to jak coś absolutnie oczywistego. I że był tak fajnym człowiekiem i akurat on odchodzi w wieku, kiedy wszystko jeszcze może się zdarzyć. Znów mi banały wylatują jak jaskółki i znów język nie nadąża.
To w realności Zdziś leży koło mnie i wtedy czuję się jakoś bardziej kompatybilny ze światem.
To w realności bardzo się martwię o M. i moja bezsilność całkiem realnie mnie łamie w pół i w poprzek.
To całkiem realnie coś mnie czasem boli a potem przestaje i realność tej ulgi jest nieporównywalna.
Te kilka tysięcy znajomych na FB nie zmieniają mojej samotności w realności na bliskość wirtualną. Jest tak samo. Tam jak tu.

Przyszła paczka.