sobota, 7 września 2013

Krótko, bo z telefonu

A tu nowe doświadczenie, pisanie z telefonu. Daje radę, aczkolwiek wolę tradycyjnie. Dzień bez zdarzeń właściwie. Pranie, obiadosniadanie, po południu wernisaż w Salonach, o którym wiecej pewnie jutro. Na deptaku inwazja barbarzyńców, ale pewnie tak musi być. Tradycja. To ciekawe jednak, ze przybysze zostali skolonizowani przez tutejszą kulturę. Nawet nie przez dotychczasowych mieszkańców, tylko przez miejsce, jego pejzaż i historie. Idealna historia do analizy antropologicznej. Jutro może trochę wiecej, a dziś spać, długo spać.

piątek, 6 września 2013

Performansy we Lwowie i kilka słów o smutku a także koty i Zdziś

Wracam jeszcze do Lwowa. Głównie dlatego, że trochę mi go było za mało, jednak jak trzeba pracować, potem oglądać i uczestniczyć, to miasto schodzi trochę na drugi plan. Codziennie przechodziłem obok wielkiego gmachu tutejszego FSB, zawsze obok stało kilku tajniako-jawniaków popalając papierosy i dyskutując nieśpiesznie. Nie robiło to dobrego wrażenia, byli mało przyjaźni i trochę brzydcy - no ale taką miałem lokalizację. Poza tym 1 września był początek roku szkolnego i mimo, że w niedzielę, dzieci musiały pojawić się w szkole. U nas jednak nie do pomyślenia. Mnóstwo młodzieży, bardzo dobrze wyglądającej :) Widzę teraz, jak nie potrafię opowiadać, jak nie odnoszę się do szczegółu, jak bardzo jest to niezdarny opis i nienośny. Trudno, ćwiczę. No wiem, na Waszej cierpliwości, ale inaczej się nie da.
Mało spektakularnych zdarzeń, ale może też ich nie prowokowałem. O jedzeniu już pisałem trochę, teraz będzie o performansach.
Grzegorz Bożek na Jefremowa 26. O galerii już trochę pisałem. Dwa pomieszczenia i piwnica w przedwojennym domu, w słabym stanie, ale widać, że prowadzący starają się i bardzo by chcieli.
Performans w piwnicy, Grzegorz zaczął od słownego wprowadzenia - nie zapamiętałem go dokładnie, ale właśnie usiłuję zrekonstruować. Bardzo mała piwnica, wszyscy ciasno przy sobie, mało miejsca dla performera. Katakumbowa atmosfera, jak w dawnych czasach. Sama struktura akcji była połamana przez wprowadzenie tekstu, pisanie go na kartkach, tłumaczenia (niezawodny Wowa Topiy), było w tym coś nieporadnie mistycznego. Jakby obrzędy zapomnianego rytuału, przypominane na gruzach. Palenie zapałek i układanie ich w nieznane symbole. Powolne, po kropli upuszczanie wody z ust - co ewidentnie wywołało potworną ulewę na zewnątrz.
















Grzegorz przekonał mnie swoją szczerością i nie było w tym nic udawanego, co jednak najważniejsze. Nie potrafię go zinterpretować, choć może to było łatwe. Wolę czasami poczuć.
na drugi dzień - na początek Alevtina Kakhidze z zupełnie niezwykłym wystąpieniem, od początku trzymającym widzów za twarz. Choć było po cichu i o sprawach intymnych. Trzy opowieści o sobie, sztuce, śmierci, przeszłości, smutne i śmieszne jednocześnie. Tak, nie wstydzę się tego, że byłem wzruszony, że łzy stanęły mi w oczach na chwilę, choć pewnie z własnego żalu, którego melodyjna opowieść artystki była pewnie katalizatorem. Trudne miała zadanie Ewa Zarzycka, które przecież też posługuje się słowem. Ale była równie dobra, w najwyższej formie, po raz kolejny obnażając wątpliwości i czyniąc z tego wartość najwyższą. Dwie mistrzynie. I tak mi smutno, że nie potrafię dobrze opisać ich występu, który tak dobrze odczułem. Ale może podświadomie po raz kolejny odczuwam niemożność przekazu tego medium.
Tu po rozmowie z fanką.                                            



A potem jeszcze Alevtina wzywa mi taksówkę, czeka ze mną na nią, jakby chciała mnie, po prostu widza jej pokazu, do końca, na chwilę choć osłonić przed zwykłością i problemami świata. Czerwona Honda, zwykły samochód, nie taksówka, albo taksówka bez taksometru, zawozi mnie na dworzec, za umówione 40 hr.

Było trochę kotów. ten tu na podwórku Efremova 26, mały.













Ten z kolei na rogu Ormiańskiej, blisko Dzygi. Knajpa nazywa się Rudy Kot, jeśli uważnie popatrzycie, to taki właśnie ucieka, sądząc z tego, że wybiegła za nim kelnerka, jest maskotką miejsca:














Ten, z zaplecza teatru, siedzi na starej scenografii:














Zdziś dostał dziś nowe posłanie, na starej marynarce, której nigdy już nie ubiorę.


















A tu oszukane frizbi pieska, które polubił bardzo:














Dziś po wernisażu Eriki Stuermer-Alex. Czy wypada pisać o imprezach w galerii? Niedługo zdjęcia na stronie i na fejsbuku. Był koncert na puzon - bardzo efektownie grał Pan Karol Kot.


Zmienimy źródło muzyki - nie będę reklamował spotifaja, ale jest naprawdę fajny. Tu idealna muzyka do dołowania się https://play.spotify.com/album/6ZriwnFXAHlp0m4VvsILQa
Dobranoc. Zdążyłem :)



























czwartek, 5 września 2013

Jak to na granicy ładnie i inne małe refleksje

No i jestem z powrotem. Strasznie dużo wrażeń się nazbierało, miałem napisać o kilku widzianych performansach, ale dziś to chyba średnio możliwe. Jechałem od 19.30 do 12 tutejszego czasu czyli minus godzina. Nawet mi się nie chce liczyć. Na granicy oczywiście kolejne refleksje na temat sensu granic, Unii, celników, pograniczników i ludzkiego upokorzenia. Każdy z ukraińskich pasażerów autobusu był dokładnie i publicznie przesłuchany, gdzie jedzie, po co jedzie, kto jest pracodawcą, czy kobieta czy mężczyzna, czy ma jego numer, za ile pracuje. Wszystkich puścili, ale miałem wrażenie, że to sztuka dla sztuki, że to wszystko jest tylko po to, żeby pokazać, kto rządzi. Po drodze czytałem "Stambuł" Pamuka, piękny i przygnębiający i wzorcowo pokazujący, jak można pisać o ojczyźnie przez pryzmat osobistego doświadczenia.
A oto i poczekalnia we Lwowie na dworcu Stryjskim, w której jest dużo miejsca i wi-fi. Byłem tam rok temu i wtedy wydawało się, że szczęście do mnie wraca.














Wczoraj przydarzyła m się jeszcze jedna przygoda lwowska. Kupowałem po raz kolejny smaczne bułki w pirożnej, którą miałem po drodze. Kiedy chciałem, będąc tam ostatni raz, sfotografować je dla Was, pani z kasy nakrzyczała na mnie, że nie wolno. Krzyczała na poważnie. W innych warunkach to bym się obrażał i krzyczał, ale tu, w tej ewidentnie poradzieckiej sytuacji tylko mnie to rozśmieszyło. Pani nie potrafiła powiedzieć, dlaczego - nie bo nie. Jak dawniej. No to tylko zdjęcia z zewnątrz :)















A to jeszcze jedno zdjęcie o dizajnie domowym - ławeczki ze starego regału na wysoki połysk. Przed domem, w którym mieszkałem.














Jeszcze chwila o warsztatach. Właściwie to dużo by mówić, na razie mamy nadzieję, że pojawi się trochę tekstów, inspirowanych naszymi rozmowami. W ostatni dzień wpadła do nas Alevtina i  od razu zrobiło się optymistycznie.














Trochę skonany. Zdziś spokojnie śpi obok. Idę spotkać się z Ryszardem, który pomaga nam przy wystawie swoim znakomitym niemieckim oraz spokojem i opanowaniem. Na razie.

środa, 4 września 2013

W drodze

Żeby nie było, że dziś nic, parę słów z dworca autobusowego we Lwowie. Jest tu wielka poczekalnia, w której wi-fi i w ogóle super. Zdjęcia potem. Za chwilę wsiadam do autobusu, więc ciąg dalszy nastąpi jutro po południu. Dzień byłpiękny, słońce i niezwykły perfromans Alevtiny Kakhidze o którym też napiszę. Na razie on the road again i do pabaczenia.

Spóźniony, spóźniony...

Jednak nie zdążyłem, ani tutejszego ani Waszego czasu. Zdarza się. Poza tym właściwie dla mnie nie jest jutro, bo jeszcze nie spałem. Wyszedłem z domu :) o 9.50, wróciłem przed chwilą. Od rana - warsztaty, na których jednak mało konkretnie. Ania postanowiła, że jednak musimy doprowadzić do powstania jakiejś platformy tekstowej. Jutro będziemy walczyć.
Padało. Tutejsi mówią, że tu tak przeważnie. Po warsztatach olbrzymi znów obiad, już nie powinienem o tym pisać, ale tym razem pierogi z ziemniakami, trochę jak nasze ruskie. I sernik. Mistrzowski, a kto mnie zna to wie, żem koneserem sernika wielkim. Potem długa droga do galerii Efremova 26  - https://www.facebook.com/efremova26 - polubcie, fajne chłopaki to robią. I miłe przyjęcie, alkohole, winogrona, herbata, trochę słońca, trochę deszcz. Performance Grzegorza Bożka, o którym jednak jutro albo później. Przyjechała Zarzycka. Potem jednak do Dzygi, tu Janusz Bałdyga i Waldek Tatarczuk, wieczorem małe przyjęcie poimprezowe. Przyjechała Ania Łazar i Atevtyna Kakhidze. Bardzo sobie piękną rozmowę po rosyjsku ucięliśmy, poznałem ją dopiero teraz, jest świetną artystką, co wiedziałem już wcześniej. Oczywiście było całe mnóstwo miłych ludzi, których nie wymieniam, ale polubiłem.
Po drodze z Efremova do Dzygi jakiś koszmarny konflikt z podpitymi starszymi kolesiami o fotografowanie ledwo idącej w błocie staruszki. I odżyły wszystkie stereotypy, i przypomniały się uprzedzenia i pomnik Stefana Bandery na wielkim placu. I pomyślałem sobie, jak niewiele trzeba, żeby ludzie zaczęli się nienawidzieć. Koleś wrzeszczał kurwa kurwa twierdząc, że Polacy siacy tacy, a we mnie narastała jakaś wściekłość idiotyczna, głupio i bez sensu. Rozeszło się po kościach. A teraz wróciłem do domu i czytam to:
http://wyborcza.pl/1,75478,14537174,1_5_tys__internautow_zazadalo_wypedzenia_Romow_z_Andrychowa.html#BoxSlotIIMT a szczególnie komenty pod tekstem i widzę sam siebie i tego faceta i tych wszystkich "internałtów" i już sam nie wiem.
Nie będzie zdjęć. Będzie smutno i beznadziejnie.
http://www.youtube.com/watch?v=qeOCBbYFajQ

poniedziałek, 2 września 2013

Pisane na kwasie - prawdziwa gazetka ścienna i wiele innych zdjęć ze Lwowa

Dzień upłynął pod znakiem warsztatów, wizyty w liceum plastycznym (no nie do końca liceum, dziewięcioletnia szkoła, rzekłbym, rzemiosł) i teatru tańca na końcu. Pochłodniało, trzęsę się w nocy trochę a i w dzień nielekko. Na szczęście zjedliśmy dziś z Anią gigantyczny obiad. Ania Smolak przyjechała rano z przygodami, ale warsztat poszedł dobrze, choć dyskusyjnie. Jak zwykle okazało się, że nic nie jest takie, jak się wydawało wcześniej. Zobaczymy, może jutro będzie jeszcze inaczej.
Daryna  zaprowadziła nas do koledżu, w którym pracuje. To taka podstawówka z liceum w zakresie sztuk czystych i użytkowych. XIX-wieczny budynek i trochę podobne myślenie o nauczaniu sztuki. Ale też pewnie tak trochę musi być, z różnych względów. Zobaczcie zdjęcia, choć mam więcej dużo.
Na warsztatach poznaliśmy Arinę, młodą kuratorkę niezależną, Rosjankę od 6 lat mieszkającą w Ukrainie. Jest szalona, ale niewykluczone, że za nie tak długo będzie kuratorką kolejnego Kassel.
A na pewno ukraińskiego pawilonu w Wenecji, choć pewnie wolałaby rosyjskiego. 0 autorytetów, dezynwoltura, szybkie reagowanie, znajomości - wszystkie cechy jakie powinna mieć kuratorka.
Pozywiom uwidim, jak się nie tylko tu mówi.
A oto kilka ilustracji z dnia dzisiejszego:

Warsztaty prowadzi Ania, ja dokumentuję:



Kolejny zestaw ppoż, tym razem szkolny. Uwierzcie mi, u nas też takie były:



Po drodze do Koledżu, piękna radziecka hala sportowa:
















A to już pracownia ceramiki ściennej, oczarowani byliśmy:


A to metaloplastyka w dużych ilościach:














Wizyta w muzeum szkoły:                                            

A tu absolutnie imponująca pracownia tkacka z licznymi krosnami:














A to obraz, który Daryna popełniła w 9 klasie:













A to prawdziwa gazetka szkolna:














Naturalne pigmenty w pracowni konserwacji ikon:      




A to pracownia:













No i tego akcentu nie mogło tu zabraknąć. To tylko tablica, ale jednak nie do końca.


A to widok z okna, to wielkie to apartamentowiec, to mniejsze to kawałek lokalnej akademii. 













Lekcja rosyjskiego - nie znałem tego - tytuł sztuki Wszystko na odwrót:

A to kwas, na którym tu jadę. Bardzo lubię:


Na dobranoc miła optymistyczna pieśń, w sam razem na chłodny wieczór, przywraca wiarę w ludzi i koi.






niedziela, 1 września 2013

Jeszcze raz Cigacice, wiersze i dużo zdjęć

Bardzo przepraszam czytelników tego bloga za pesymistyczny nastrój i często samobiczowanie. To naprawdę głupie i przyjmuję pojawiającą się krytykę obiecując, że to się już nie powtórzy a przynajmniej rzadko. Pierwszy wers niepowstałego wiersza wywołał niejakie emocje - Zbyszek Walichnowski dokończył go (a był 33 lata temu dobrze zapowiadającym się młodym poetą), choć u podstawy jego wersji leży błąd. Pomyliły mu się mianowicie Cigacice z Ciborzem (dla osób spoza regionu - w tym ostatnim mieści się lokalny zakład psychiatryczny). Stąd Gniezno w poincie, które pełni tąż rolę w Wielkopolsce. Zwróćcie uwagę na doskonałą znajomość topografii Ojczyzny.  Pozwolę sobie zacytować:

 To wiem na pewno nie przez Cigacice.
 Raczej przez Lubaw i przez Mękoból.
 Zjeżdża się nawrotem do Lękowoli.
 Kiedy po prawej mijać Niemoją , Niejak , Nieswojno

            Wchodzi się prosto w gniazdo
                       GNIEZNA

W jakimś sensie to bardzo adekwatne zakończenie.

Na warsztatach bardzo ciekawy tekst Daryny o Tanagramie Anny Molskiej i Evgenii o pracy Pawła Janickiego. Opowiadałem trochę o polskiej sytuacji galeryjno-krytycznej. Zważcie, niedziela rano. Bardzo kocham sztukę w moim kraju.
I tak opowiadając o Rastrze zatęskniłem za czasami, kiedy czekałem co w następnym numerze i śmiałem się głośno, kiedy napisali to, co sobie myślałem. To były piękne czasy dezynwoltury i walki z warstwami mułu, błota i mentalnej wydzieliny, które pokrywały całe wielkie obszary sztuki polskiej. No i sporo się zmieniło od tego czasu, a jednak chciałoby się czasem bezkompromisowości od krytyka. Oczywiście sprawiedliwej.
Kiedy dziś chodziłem sobie po Lwowie i byłem nawet na wernisażu, myślałem jakby to było, gdybym tu spróbował zrelacjonować to wszystko w dobry, rastrowy sposób. Ale pomyślałem sobie, że przecież jestem tu w gościach i nie wypada. Będzie więc kilka zdjęć z komentarzem. Jadłem też dziś obiad z Wową i jego żoną, żartom i zabawie nie było końca, dostało się wszystkim i prześcigaliśmy w niepoprawnych żartach.

No i trochę zdjęć:

Piękny modernizm, jakieś lata dwudzieste, nawet w nienajgorszym stanie














A tu panowie komuniści dla uczczenia wybuchu wojny


















A tu szyld, w którym pojawia się słowo politura. Kto czytał Moskę-Pietuszki wie, dlaczego go tu zamieściłem. Kto nie czytał, niech przeczyta.














A tu przepiękny zestaw przeciwpożarowy z Muzeum Książki. Mieści się ono w baraku, będącym jedynym śladem idei budowy metra we Lwowie. Okazało się, że na błocie się nie da.














Dla porównania, zestaw z Teatru Młodego Widza. Jakby co, młody widz bardziej zagrożony.














A to wernisaż wystawy Wojciecha Prażmowskiego o Czesławie Miłoszu. Gdybyż to było w Rastrze 10 lat temu...














I jeszcze paprotka z Muzeum.


















A tu jeszcze klasyczny Kilter z okolic Teatru. Niestety, płochliwy, ale to naprawdę klasyczny Kitler.
















A na koniec, żebyście uwierzyli, że teraz już będzie wesoło i optymistycznie, skoczna piosenka o radości życia:
http://www.youtube.com/watch?v=KUCyjDOlnPU